sobota, 10 listopada 2012

24. Through the storm we reach the shore. You give it all but I want more and I'm waiting for you . . . *

***

Veronica:


  Czasem wydaje mi się, że mogłabym spać bez końca. W zasadzie tylko spać. Spać i egzystować, gdzieś między "być" a "będę". To jak prześlizgiwanie się niezauważonym przez zatłoczone miasto. Przepływasz między uciekającymi godzinami. Świat się nie zmieni jedynie z twojego powodu, będzie trwał dalej. I może tak właśnie jest lepiej? Gdy wszystko toczy się własnym rytmem, czyż nie łatwiej jest wtedy znieść ból? Cierpieć po cichu. Kameralnie. Głęboko. Nie liczyć na to, że ktoś pomoże ci jedynie dlatego, że doznałeś straty. Tak jakby z obowiązku- to bez sensu i nauki. Cierpimy i tracimy wręcz codziennie, powiedziałby realista. Pewnej kolei rzeczy nie jesteśmy  w stanie zmienić. Czy przeznaczenie należy do nich? Czy naprawdę TO wszystko, tak zwane nasze życie, jest już zapisane? Być może, ale ścieżka nie została wytłoczona, naznaczona NAMI. A, co z założeniem, że człowiek sam kształtuje swój los? Wpływa na niego nieustannie. Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie ma świetnych decyzji bo skąd niby mamy wiedzieć, że zrobiliśmy słusznie gdyż dokonując wyboru, ograniczyliśmy się nie poznając drugiej strony... Czasem jednak głupota potrafi przesłonić wszystko, tak, że nim to do nas dotrze jest już za późno...
  Leżałam w łóżku lecz mimo to nie mogłam usnąć. W otaczającej mnie głuchej ciszy, słyszałam jedynie tykanie zegara, którego odgłos wydawał się przypominać uderzenia dzwona. Dochodziła 8, a niebo za oknem przywodziło na myśl szarugę. Chciałam tu zostać by nie mierzyć się z tym, co i tak miało się wydarzyć.
- Śpisz jeszcze?
Drzwi do pokoju uchyliły się i stanęła w nich Magda.
- To czemu nie dajesz znaku życia? Już 12 dochodzi, a ty nie wstajesz.- siadając przy mnie nagle zamilkła. Przeczuwałam o, co chodzi.
- Jedziemy z Michałem do Marka. Ojciec jest u niego. Był w tak kiepskim stanie, że nie mogliśmy pozwolić by wrócił do domu sam. To było najlepsze rozwiązanie. Myślę, że...
- Wiem.- przerwałam jej, przytulając się do niej.-...ale boję się go zobaczyć. Pierwszy raz w życiu.
- Zmieniłaś się.- odparła przejeżdżając dłonią po moim wygolonym boku.- I nie mówię tylko o tym...




  Drogę do domu mojego brata spędziliśmy w ciszy. To był czas kiedy milczenie wydawało się najodpowiedniejszym porozumieniem. Obserwując smętny krajobraz dzielnicy domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta, czułam się jeszcze bardziej zdołowana. Wszystko wydawało się mieć swoje miejsce, a ja? Ciągle poszukiwałam. Nie chciałam nigdzie zostawać na dłużej. Stabilizacja miała swoje konsekwencje. Zawsze robiło się poważnie, a ja się tego obawiałam...
Wysiadając z auta, czułam jak ogarnia mnie chaos wątpliwości.
- Chodź.- odezwała się siostra i chwytając za ramię, porwała do środka.
Drzwi otworzyła nam Monika, moja bratowa. Miałam z nią zawsze dobre relacje i myślę, że poznałam ją na tyle by wiedzieć, że nie jest dobrze.
- Cześć, wchodźcie! Weronika!- podchodząc do mnie, mocno mnie przytuliła, co ja odwzajemniłam.
- Jak czuje się dziś ojciec?- zapytałam Magda, odwieszając nasze kurtki. Monika jednak tylko na nas spojrzała.
- Mów, co jest grane. Wczoraj rozmawiałam jeszcze z Markiem i mówił, że się uspokoiło.
- Kłamał.- wtrąciła bratowa.- Zrozum, nie chciał cię martwić jeszcze bardziej. Nie wiem jak mam się zachowywać, bo wasz ojciec wcale nie wychodzi i nie chce jeść. Tak jak nigdy nie widziałam by płakał, tak teraz...- Monika przerwała i odwróciła się od nas.
- A leki, które dostał? Miały pomóc? Jego serce..
- Magda, uspokój się.- zwróciła się do niej bratowa, kładąc jej rękę na ramieniu.- Marek mu je daje, ale mam wrażenie że przez nie jest jeszcze bardziej... obcy.
- Chce go zobaczyć.- stwierdziłam przerywając im rozmowę. Monika wskazała mi ręką na górę.
Wchodząc po schodach, zauważyłam w pokoju moich bratanków. Zatrzymałam się i stanęłam na progu. Tak strasznie się zmienili.
- Ale urośliście!- stwierdziłam podchodząc do nich.
- Ciocia!- wydarli się oboje i w następnej chwili ściskali mnie.
- Woohoo. Ktoś tu nabrał siły. Dobra już starczy bo nie mogę oddychać!
Kiedy oderwaliśmy się od siebie, przyjrzałam im się dokładnie. Choć były to dopiero dzieci, dobrze wiedziały, co się stało. Wydawać się mogło, że nawet rozumieją.
- Czy już z nami zostaniesz? Tata mówi, że nie.- odezwał się młodszy z chłopców. Przytuliłam Konrada i pocałowałam w głowę.
- Głupi jesteś.- odezwał się Kuba.
- Nie mów tak do brata.- odpowiedziałam starszemu bratankowi.- Muszę tam wrócić, ale to nie oznacza, że zostanę tam na zawsze. Nie mogłabym was tak zostawić, poza tym tu wciąż jest mój dom, nie?- posłałam im uśmiech, po czy wstając i puszczając obu, dodałam:
- Muszę iść teraz do dziadka. Jest tu, prawda?- zapytałam, licząc, że chłopcy powiedzą mi więcej niż moje rodzeństwo.
- Jest, ale tata kazał nam mu nie przeszkadzać. Ciociu, on jest teraz dziwny.- odparł mi starszy, Kuba.
Pogłaskałam ich tylko po głowach po czym udałam się do ojca. Otwierając niepewnie drzwi, zauważyłam go w fotelu. Wpatrywał się w okno. Już w powietrzu było czuć jak bardzo cierpi, z trudem odparłam cisnącą się do oczu falę płaczu i ruszyłam w jego stronę. Podchodząc do niego od tyłu, objęłam go za szyję, wtulając swoją twarz w niego. Był taki zimny.
- Weronika...
- Tato!
Ojciec obrócił się do mnie i objął mnie jeszcze mocniej. Zsunęłam się na jego poziom. To było zbyt silne dla nas obojga. Po chwili milczenia, które teraz wydawało się wiecznością oboje płakaliśmy. Nawet nie byłam w stanie oderwać się od ramienia ojca by spojrzeć mu w twarz. Ból jaki wypisany jest na twarzy ukochanej osoby potrafi tak cholernie boleć... W tej chwili, czułam to wszystko. Złość, wyrzuty, bezsilność, winę, zawód, poświęcenie, miłość, pragnienie śmierci, mękę... Uświadamiając sobie, że od płaczu zmoczyłam ojcu koszulę, w końcu podniosłam głowę. Oczy, które zawsze były pełne wiary czy czegoś na wzór nadziei, teraz były przerażająco puste. Dalekie. Obce. 
- Tato... ja...nie chciałam tego...- odezwałam się, z trudem opanowując łkanie, które nie pozwalało na wysłowienie się. Twarz ojca była jak posąg, po którym spływały nieustannie łzy. Nic nie odpowiedział, przerzucając swój wzrok z powrotem na okno, ponownie usiadł w fotelu. To nie był mój ojciec, on się tak nie zachowywał.
- Nie rób mi tego.- zwróciłam się do niego, kładąc swoją dłoń na jego.- Tylko nie to. Wszystko tylko nie milcz. Tato!- wydarłam się ale mężczyzna tylko przymknął oczy lecz nawet to nie powstrzymało potoku łez, które teraz płynęły bez przerwy.
- Powiedz mi to, słyszysz!- wstałam i kucnęłam przed nim.- Wszystko zniosę, ale nie to. Nie twoją obojętność, słyszysz! Tato!- wciąż krzyczałam, ale ojciec nie reagował. Zastanawiałam się czy to przez leki czy dlatego, że taka była prawda, ojciec nie mógł mnie znieść. Trzymając jego twarz w swoich dłoniach, płakałam, z trudem łapiąc oddech.
- Weronika!
Do pokoju wbiegła moja siostra. Próbowała oderwać mnie od ojca.
- Już wystarczy, błagam cię, chodź ze mną.
- Zostaw mnie!- wyrywałam się.- On tak nie może, nie...
W następnej chwili dołączyła do nas Monika i obie zaprowadziły mnie z powrotem na dół. Byłam na nie wściekła, chciałam tam wrócić, ale dotarło do mnie, że to nie ma sensu. Zrozumiałam też, że ojciec jest w sytuacji o której ja nie mam pojęcia. Brak reakcji, to była jego obrona. Wybiegając z domu, postanowiłam udać się na spacer. Opanowując płacz i wycierając wilgotne policzki, ruszyłam przed siebie. Nim się zorientowałam, szare niebo spłatało mi niespodziankę. Deszcz. Przynieś mi spokój...




***

Jared:

  Czas w Malibu zawsze mijał zbyt szybko. Może to za sprawą tutejszej atmosfery, a może wyłącznie za sprawą przyjaciół. Jeszcze ta przygoda ze szczeniakiem. Gdy razem z Robertem udało nam się dotrzeć z nim do weterynarza, czułem, że to dopiero początek. Pies miał poważnie złamaną nogę i musieliśmy zostawić go w przychodni gdyż według lekarza nie mogło obyć się bez zabiegu. Kiedy odbieraliśmy go następnego dnia, cieszył się tak jakby znał nas od wieków. 
- I co zamierzasz teraz z nim zrobić?- zapytał mnie Robert, gdy wracaliśmy do domu na plaży.
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Tak jak powiedział ten lekarz, pies jest jak najbardziej udomowiony, zadbany i wyszkolony, co wnioskował po tyk jak słuchał poleceń więc to nie możliwe, że to był wypadek. Ktoś go tam celowo zostawił.
- Nie ma więc sensu dawać ogłoszenia. Ale jakim to trzeba być człowiekiem by zrobić coś takiego. Przecież gdyby nie ty to...
- Wiem Babu, wiem.- przytaknąłem bratu, głaskając psa.- Nawet nie chcę o tym myśleć. Pozwolić komuś zdychać... nie chcę tego rozumieć i nie mogę.
- Czyli to oznacza, że znów masz psa?
- Chciałbym, ale nie wiem czy tak będzie. Pies to nie zabawka, trzeba poświęcać mu sporo czasu, uwagi, miłości, troski, a ja teraz mam sporo na głowie. Musimy dokończyć płytę, a w przyszłym roku planujemy już trasę. Z kim go wtedy zostawię?- odparłem wzdychając. Przypomniało mi się jak zostawiałem Judasa z moją matką gdy ruszaliśmy w trasę, a potem w odwecie za porzucenie pies przez jakiś tydzień gryzł wszystkie moje buty, tak jakby chciał wyrazić swoją irytację. Był kochany i już zawsze będzie w moim sercu. 
- Nawet nie wiem jak on się wabi.- stwierdziłem, spoglądając na Roberta.
- Wydaje mi się, że on zaczyna od nowa. Powinien mieć więc nowe imię.
- Racja Rob. Więc jak biedaku, zaczynamy od nowa?- zwróciłem się do psa, głaszcząc go po jego brązowej sierści. Wyglądało na to, że puki co byliśmy skazani na siebie.




  Wieczorem dziewczyny zaplanowały by wybrać się na miejscowy festiwal, który miał potrwać cały weekend. Pomysł mi się podobał, szczególnie że lubiłem muzykę alternatywną bo nigdy nie wiadomo było z czym ma się do czynienia. Szykując się do wyjścia, postanowiłem nakarmić jeszcze "mojego psa".
- Zaraz wychodzimy.- oznajmiła mi w kuchni Chloe.
- Jasne. Widziałaś jak Abby polubiła...- zwróciłem się do przyjaciółki.-...no naszego psa. Muszę go jak najszybciej nazwać.
Wchodząc do pokoju, zawołałem szczeniaka ale nigdzie go nie było.
- Gdzie ty jesteś...
Zacząłem go szukać, kiedy dostrzegłem światło w łazience i uchylone drzwi. Bingo! Pies był w środku, ale to co robił wywołało u mnie uśmiech. Usiadłem na wannie, odstawiają miskę na bok i przyglądając się zwierzakowi, który stał na dwóch łapach przy wc i chlapał się w nim, zalewając tym samym podłogę. Uśmiechałem się bo ten pies robił dokładnie to, co Judas gdy był jeszcze szczeniakiem. W tamtym czasie, nauczyłem się zawsze opuszczać klapę od ubikacji bo w innym przypadku kończyło się tak jak teraz. Z czasem jednak Judas nauczył się podnosić klapę i wtedy musiałem pamiętać by zamykać drzwi. To była dla niego niezła zabawa, której nigdy go nie oduczyłem.
- Jared? No kurw... spójrz tylko co ten pies wyrabia, a ty się gapisz?!- do łazienki weszła Chloe, która na widok psa w ubikacji lekko się zdenerwowała. Nie doczekawszy się jednak mojej reakcji, sama podeszła do psa.
- Hej młody, zmykaj ale to już! Sio, bestio.- kobieta zaczęła odciągać psa od wc, w końcu szczeniak odpuścił i podbiegł do miski, a ja go pogłaskałem.
- Sprzątasz to Jared.- oznajmiła mi przyjaciółka wskazując gigantyczną kałużę.
- Dobra, spokojnie Chloe. To niesamowite...- przerwałem, zastanawiając się nad tym co chodziło mi po głowie.
- Co dokładnie?
- Robił dokładnie to samo, co Judas. W ogóle jak na niego teraz patrzę to... mają ze sobą tyle wspólnego.
Wymieniliśmy się spojrzeniami z przyjaciółką. Wiedziała o czym mówię bo znała Judasa. Uśmiechnęła się do mnie. 
- Zbierajmy się.- dodała.
W następnej kolejności udałem się jeszcze po kurtkę i zszedłem na dół do reszty. Idąc korytarzem usłyszałem jak dziewczyny się śmieją i rozmawiają. Wchodząc do kuchni, spotkało mnie małe zaskoczenie.
- Cześć Jay.
Annabelle zbliżyła się do mnie i całując mnie w policzek, przywitała się. Wyglądała jak zwykle wspaniale chociaż jej blond włosy, delikatnie pokręcone, opadające na ramiona, sprawiały, że wyglądała inaczej. Piękniej. Zasuwając mi kurtkę i bawiąc się zadziornie zamkiem, dodała:
- Dziewczyny nalegały bym wpadła, a z racji, że zdjęcia mam dopiero w poniedziałek, dałam się namówić. Chciałam ci zrobić niespodziankę. Fajnie cię zobaczyć.
- Ciebie też Ann.- odparłem, posyłając jej uśmiech.- Zrobiłaś.
- Wiesz, kto jest dzisiejszym headlinerem?- zapytała, spoglądając na mnie.- Alice in Chains.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnąłem. Naprawdę ich lubiłem, Ann też choć z początku nie chciała się przyznać, co mnie bawiło.
- Nie ciesz się tak.- dodała przekomarzając się ze mną.
- Dobra ekipa, zbieramy tyłki i w drogę!- rzuciła do nas Chloe i poganiając nas byśmy wyszli. Zapowiadał się fajny wieczór. Wizyta Annabelle zaskoczyła mnie bo gdzieś w głębi przez moment pomyślałem o tym, co było w Nowym Jorku i czy to mogło by się powtórzyć. Nie, nie mogło. Teraz była Veronica, a Ann była tylko świetną przyjaciółką. Annabelle obejmując mnie ramieniem jak kumpla, prowadziła nas do wyjścia. Śmiałem się, wszystko wydawało się być jak dawniej.
***

Veronica:

  Wracając ze spaceru byłam kompletnie przemoczona. Deszcz nie dawał za wygraną, a ja nie zamierzałam odpuścić. Prawdę mówiąc nie obchodziło mnie czy zmoknę czy nie, potrzebowałam jedynie złapać oddech. Wchodząc do domu, usłyszałam głos brata dochodzący z kuchni. Kłócili się. Podchodząc bliżej zatrzymałam się jak wryta, gdy usłyszałam o czym mówią:
-... bo, co?! Nie możesz robić z niej ofiary bo tak nie może być!
- Jak ja mam jej to niby teraz powiedzieć?! Taki jesteś mądry!
- Magda, spokojnie...
- Michał, sam powiedz. No?
- Wiesz...
- Wystarczy, że ojciec już udawał, a gdyby tego nie robił to kto wie czy...
- Nie mów tak! Słyszysz! Najlepiej zrzucić to na kogoś...
- Taka jest prawda! Matka miała załamanie przez Weronikę! Nie zmienisz tego, tak było!
- Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy winni do cholery!
Przekrzykiwali się na wzajem, a ja miałam wrażenie, że zaraz się na siebie rzucą. Dotarło do mnie o czym mówili i zaczęłam płakać.
- O jakim załamaniu ty kurwa mówisz?!- zwróciłam się do brata, wchodząc do salonu. Kątem oka zauważyłam jak siostra zaczyna płakać.
- Veronica...
- Nie Magda! Zostaw mnie, nic mi nie powiedziałaś. Tego właśnie chciałaś? Ukrywać to?- zwróciłam się do siostry.
- Posłuchaj.- zaczął mówić do mnie brat.- Matka od czasu kiedy wyjechałaś bardzo się zmieniła, a przez ostatnie dwa lata...Na początku nic nie wiedzieliśmy, ale potem ojciec powiedział, że mama ma coś jak depresje. I w sumie niedawno dało się zauważyć jak się zamieniła, odcięła się od nas, od wnuków, od wszystkiego. Ojciec zabrał ją do lekarza ale ona tylko się zdenerwowała i powiedziała, że nic jej nie jest, a wiesz jaki jest tata... nie naciskał jej.
- Dlaczego mi nic nie powiedzieliście?!- wydarłam się na nich kiedy zrozumiała co się tu działo.
- A co byś zrobiła! Już widzę jak rzucasz się jej w ramiona... Ojciec nas prosił o to i teraz tego żałuję!
- To trzeba było go nie słuchać!
- Nic! Nic nie rozumiesz! Pogodziłabyś się z nią, z litości, a nie z serca!
- Nie mogę w to uwierzyć...- odezwała się, opadając na krzesło. Boże, to nie dzieje się naprawdę...- Gdybym tylko wiedziała, to... to...- spojrzałam na Marka.-...ja chciałam jej wybaczyć, ale nie miałam odwagi, zwlekałam...a teraz ona nie żyje, przeze mnie... wyszła na tę jezdnię...
Pogrążyliśmy się w ciszy. Nie trzeba było nic dodawać. Zauważyłam jak ściekająca woda z mojego ubrania, tworzy na drewnianej podłodze coraz więcej kałuż.
- Nie, Weronika. On cię bardzo kochała, a zrobiło to dlatego, że nie była sobą. To nie była już nasz a matka, żebyś ją widziała...- Magda, starała się zapanować nad głosem ale nie mogła. Podeszła i przytuliła mnie.- Każde z nas skupiło się na sobie, zostawiliśmy ojca z tym. Daliśmy za wygraną i chcieliśmy wierzyć, że to przejściowe. Zmieść ten problem pod dywan...
- Ale to ja ją zabiłam...- wycedziłam w ramię siostry.
- Nie.
Odwróciliśmy się wszyscy gwałtownie, na progu stał nasz ojciec. Patrzył teraz prosto w moje zaszklone oczy.
- Nie.- powtórzył.- Nie powiedziałem wam czegoś. Kiedy byliśmy u tego lekarza, on zdiagnozował u mamy początkowe zaburzenia psychiczne, ale kiedy Zosia to usłyszała zdenerwowała się i nie chciała tego słuchać. Z czasem było gorzej więc konsultowałem się z tym lekarzem, dawał mi nawet dla niej leki które podawałem jej w ukryciu wierząc, że to pomoże, ale było gorzej. Potrzebne było leczenie szpitalne, ale ja nie potrafiłem jej tego zrobić... a ten wypadek był z mojej winy a nie któregoś z was. Powinienem się nią zająć nawet gdyby to oznaczało radykalność. Nie zrobiłem tego... przepraszam was.- po tych ostatnich słowach ojciec ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać.
Wszyscy w trójkę podbiegliśmy do niego i przytuliliśmy go.
- Tato...- zaczęłam, ale emocje nie pozwalały mi na nic więcej.
- Mama nie zrobiła tego przez ciebie bo cię kochała, zrobiła to bo była chora... i żadne z was nie jest winne. To koniec, nie roztrząsajmy tego więcej. Wszyscy musimy postarać się wrócić do normalności. Musimy żyć bo ona by tego chciała.




***

  Następny dzień spędziłam razem z Magdą w Orłowie, na porządkowaniu domu rodziców. Dla ojca było to zbyt trudne dlatego razem z siostrą zajęłyśmy się zebraniem rzeczy mamy. Po wczorajszej rozmowie czułam się silniejsza i mogłam to zrobić. Nie miałyśmy pojęcia od czego zacząć.
- Miejmy to już za sobą.- odezwała się do mnie siostra.
- Weźmiesz łazienkę? Ja zajmę się sypialnią.- odpowiedziałam jej, wchodząc do domu.
Ciężko mi było pakować ubrania mamy bo mimo wszystko wiązało się z tym tyle wspomnień. Dobrych, złych. Szlafrok w którym zawsze przygotowywała śniadania, marynarki w których stawała się wymagająca, sukienka którą miała na sobie podczas mojej komunii... Było tego zbyt dużo, nie chciałam analizować. Po dwóch godzinach spakowałyśmy wszystkie rzeczy. Magda miała oddać rzeczy ubogim więc nie zostało nic do zrobienia.
- Dobra, Michał przyjedzie zaraz po nas. Zbieramy się?- odezwał się do mnie siostra, gdy dopiłyśmy kawę.
- Wiesz, co ja chyba chciałabym tu zostać... to znaczy nie żeby mi było u ciebie źle ale...
- Rozumiem. Jesteś pewna?
- Tak. Długo tu nie byłam.
- Może zostać z tobą? Chcesz być sama?
- Nie trzeba, poradzę sobie.- odpowiedziałam siostrze, uspokajając ją.
- Pogrzeb jest jutro o 12. Przyjedziemy po ciebie. A co z twoimi rzeczami?
- Dobra. Dasz mi je jutro, mam tu jakieś ubrania więc nie będzie źle.
Następnie pożegnałyśmy się i zostałam sama. Nie wiedząc, co mnie podkusiło aby tu zostać, postanowiłam się przejść. Po wczorajszej przechadzce miałam lekki katar, ale nie przejmowałam się tym za bardzo. Zakładając cieplejszą kurtkę, wyszłam z domu. To była okolica w, której się wychowałam i która mi się podobała. Nasz dom był położony w pobliżu plaży, co było największą zaletą Orłowa- klify i morze. Po kilku minutach stałam już na moim klifie. Nazywałam tak miejsce, w którym często przesiadywałam jako nastolatka. Już prawie zapomniałam jak nieziemski widok roztaczał się z tego miejsca. Bezgraniczny ogrom morza, sprawiał, że czułam się jak na bezludnej wyspie. Uderzające z całą mocą fale, o klif sprawiały wrażenie morskich bałwanów wynurzających się z przerażających cieni. Bryza morska wypełniała moje płuca, a silny i zimny wiatr rozwiewał włosy. Szum morza, dźwięczący w uszach, pozwalał na zatracenie się w chwili.




Nagle za placami usłyszałam szum silnika i odwracają się ujrzałam jak przy drodze zatrzymuje się auto. Zdziwiło mnie to, ponieważ mało samochodów się tu zatrzymywało i choć dzieliła nas spora odległość, wydawało mi się, że znam mężczyznę który wysiadł i który teraz szedł w moją stronę. Po chwili nie miałam już wątpliwości.
- Jak zobaczyłem cię na drodze to myślałem, że mam jakieś przewidzenia. Musiałem tu podjechać by się przekonać i... jesteś! Nawet nie masz pojęcia jak miło cię zobaczyć!
Odparł mężczyzna, podchodząc i całują mnie na przywitanie w policzek. W odpowiedzi przytuliłam go. Nic się nie zmienił, wciąż był tak samo przystojny i tak samo, zniewalająco pachnął.
- To ty nie masz pojęcia jak miło cię spotkać, Dawid. Ale, że mnie poznałeś?- dodałam odrywając się od niego.
- Zawsze cię poznam.- odparł pewnie.- Co robisz teraz? Może dasz się namówić na jakąś kawę i pogadamy? Boże, to już... 3, 4 lata?
W odpowiedzi tylko pokiwałam głową i posłałam mężczyźnie uśmiech.
- Ty wybierz miejsce.- dodałam wsiadając do jego auta.
Kim był Dawid? To była bardzo długa historia, a zarazem niesamowicie krótka. Dawid był nie tylko przyjacielem, ale też chłopakiem. Zacznę może od tego, że jest starszy ode mnie o 7 lat i ma swój zespół, który dzisiaj nawet dobrze sobie radzi. Poznałam jego zespół kiedy jeszcze nie do końca "byli" na rynku ponieważ grali jedynie covery i dopiero się formowali. Miałam 15 lat gdy razem ze znajomymi poszliśmy na ich próbę. Mieli potencjał i wybicie się było w ich przypadku, kwestią czasu. Dawid był niesamowicie zakręconym człowiekiem, przyciągał ludzi. Tak się poznaliśmy i nasza przyjaźń ewoluowała przez następne lata. Po trzech latach wspólnych wygłupów, żartów, koncertów, pewnego dnia to się po prostu stało. Był pierwszym mężczyzną, któremu się oddałam. To było jak sen bo przez krótki czas byliśmy niepoprawnie szczęśliwi. Jednak to uczucie nie było wystarczająco silne, przynajmniej z mojej strony. Miałam okazję spełnić swoje marzenie i wyjechać na studia do Francji. Dawid nie próbował mnie ograniczać, dlatego pozwolił mi odejść. Dla niego wszystko zaczynało się tutaj. Dopiero dzisiejsze spotkanie uświadomiło mi, że nigdy go nie przeprosiłam.
- Dawid.- zwróciłam się do mężczyzny, gdy już dojeżdżaliśmy do pobliskiego baru.- Przepraszam. Nigdy nie chciałam cię zranić, ale nieświadomie mogłam to zrobić.
- Nie musisz mnie za nic przepraszać bo nic nie zrobiłaś. Byłaś szczera w swoich uczuciach więc nie mogę cię za nie nie winić. Nie wracajmy już do tego...to jak idziemy?- odpowiedział mi mężczyzna, posyłając uśmiech.
Miejsce do którego zabrał mnie Dawid  był to lokalny bar, w którym można było zjeść i się napić. Kiedy rozmawialiśmy opowiedziałam mu, o wszystkim co się wydarzyło i sam nie wiem kiedy, ale się śmiałam. Za sprawą mężczyzny, który choć na chwilę sprawił, że zapomniałam o śmierci matki, czułam się dobrze. W miedzy czasie piliśmy piwo i wydawało mi się, że jest jak kiedyś, gdy chodziłam na ich koncerty.
-... a pamiętasz jak Kuby upił się i tańczył na stole, prawie robiąc striptiz?
- Tak, mało brakowało a wywalili by nas z tego klubu. To były czasy.- odparłam, upijając swojej piwo i posyłając Dawidowi uśmiech.
- Wszystko się zmieniło. Nie jest już jak dawniej. Ale, co tam...- przerwał, zmieniając temat.-  Jesteś teraz szczęśliwa, prawda? Tzn. robisz to co chciałaś, nie?
- Chyba tak... ale wiesz, jak to jest.... Nie mają tam tak dobrego piwa jak to.- dodałam, próbując rozładować sytuację.- To po jeszcze jednym?




***

- Zdecydowanie muszę ograniczyć picie.- stwierdziłam kiedy Kuba, który przyjechał po mnie i Dawida, odwiózł mnie do domu. Mężczyzna tylko się  zaśmiał.
- Znając ciebie jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.- dodał Kuba kiedy wysiadałam. Parsknęłam w jego stroną, po czym wyszłam.
- Dziękuję za miły wieczór. Fajnie było cię zobaczyć.- zwróciłam się do Dawida, który odprowadził mnie do drzwi. Mężczyzna tylko pocałował mnie na pożegnanie.
- Ja...
Nie zdążyłam dokończyć, ponieważ usta chłopaka błyskawicznie zsunęły się z mojego policzka, na usta. Nieświadomie odwzajemniłam pocałunek, który zaczynał pochłaniać mnie. Nie byłam w stanie się opanować. Jared. Na dźwięk tego imienia w mojej głowie, odepchnęłam Dawida od siebie.
-.... Cześć!- rzuciłam szybko i pobiegłam do domu, chwytając się poręczy przy schodach, aby nie upaść, zostawiając Dawida kompletnie zaskoczonego. Będą dopiero w środku, odetchnęłam. Nie mogłam zachować się inaczej bo z Dawidem zawsze tak było. Nie wiem czy to było w nim czy w nas. Wystarczył impuls byśmy stracili głowę i nie ważne o co się rozchodziło. Odchodząc od drzwi, udałam się do pokoju. Szykował się ciężki dzień, musiałam mieć siłę.

Siostra tak jak obiecała przyjechała po mnie razem z mężem. Msza odbyła się w pobliskim kościele. Zaskoczył mnie fakt, że przyszło sporo ludzi, nie tylko przyjaciół. W swoim życiu unikałam chodzenia na pogrzeby, kiedy tylko mogłam. Chodziło w głównej mierze o to, że nie potrafiłam patrzeć jak bliskie mi osoby płaczą. To było straszne i nigdy nie mogłam powstrzymać się by też nie płakać, a nienawidziłam tego robić. Trumna nie została otwarta bo to było niemożliwe. Chcieliśmy by wszyscy zapamiętali ją jako uśmiechniętą, dlatego moja siostra postawiła na trumnie zdjęcie mamy, sprzed kilku lat. Po ceremonii w kościele, orszak żałobny ruszył na przykościelny cmentarz. Przy dźwiękach marszu pogrzebowego i pieśni żałobnych miałam ciarki na skórze. Ból i żałość, jakie z nich wypływały, sprawiały, że człowiek istotnie cierpiał. Pod koniec ceremonii pogrzebowej ksiądz, który dobrze znał mamę wygłosił krótką mowę. Nie mogłam jej słuchać bo mówiła prawdę, bo sprawiała, że czułam się jeszcze bardziej winna. Kiedy spoglądałam na mojego ojca, nie mogła przestać płakać. Wyraz jego twarzy był taki... nigdy go nie zapomnę. Najgorszy moment był jednak, kiedy ksiądz poświęcił trumnę a następnie została zasypana. To był definitywny koniec. Teraz musiałam już żyć z świadomością, że zdążyłam niczego naprawić. Ta myśl przyprawiała o obłęd.



U2, With or Without You


***

Jared:

  Festiwal, na który zaciągnęła nas Chloe i Babu okazał się świetną rozrywką. Zespoły tam występujące dały rewelacyjne, bardzo energetyczne show. Czas spędzony z Annabelle i znajomymi zleciał bardzo szybko. Nim się obejrzałem była niedziela i ku moim obawą, sprawy z Annabelle miały się znakomicie. 
- Jesteś teraz z nią? Z Veronicą? Pytam czysto teoretycznie.- spytałam mnie zupełnie na luzie Ann, kiedy przechodziliśmy się po plaży.
- Tak mi się wydaje. Zbliżyliśmy się do siebie.
- Dlaczego nie przyjechała z tobą?
- Wypadły jej sprawy rodzinne. Co robisz?- zapytałem przyjaciółkę, widząc jak oddala się ode mnie. Najwyraźniej było jej do śmiechu. Nagle pomachała mi przed nosem moim BB. Jak go zabrała?
- Goń mnie!- rzuciła po czym zaczęła uciekać. Myślałem, że żartuje ale kiedy była już dość daleko, zdałem sobie sprawę, że jednak nie.
- Dorwę cię, Ann!- krzyknąłem w jej stronę po czym pobiegłem za nią.
Tak właśnie mijał mi czas z Annabelle, na wygłupach. Choć byliśmy dorośli, zachowywaliśmy się jak dzieciaki. Kiedy wróciliśmy po południu do domu, Annabelle wpadła na kolejny genialny pomysł.
- No nie daj się prosić, będzie fajnie.- zwróciła się do mnie kobieta.- Hej Jess, co powiecie na rowery?
- Widzę twój entuzjazm, Jared.- odpowiedziała Jessica.- Mi pasuje, myślę że Chloe i Babu też się wybiorą. Zapytam ich.- stwierdziła Jess, po czym pobiegła do góry.
- Świetnie.- odparłem siadając na kanapie i bawiąc się z psem. Annabelle dołączyła do mnie.
- Fajny jest ten psiak.- dodała po chwili.- Kocha cię. Będzie mu u ciebie dobrze.
Nagle zadzwonił telefon przyjaciółki.




- Hallo?- odebrała, momentalnie jednak na jej twarzy pojawiło się zmieszanie.- Nie, Annabelle Wallis, ale zaczekaj chwilę..- przerwała po czym spojrzała ma mnie, przybierając minę niewiniątka.- Pomyliliśmy telefony, a to chyba Veronica?...- stwierdziła po czym podała mi telefon. Dopiero w tej chwili, skojarzyłem co się stało.Odbierając telefon, wyszedłem na zewnątrz:
- Hej Veronica.
- Cześć, fajną masz sekretarkę.- stwierdziła kobieta beznamiętnym głosem. Tak bardzo chciałem ją usłyszeć, a teraz...
- Pisałem ci, że jestem w Malibu. Annabelle też wpadła i pomyliła telefony, a...
- Nie musisz się tłumaczyć.
- Chcę byś mi wierzyła.- stwierdziłem.- Jak wczorajszy dzień, trzymasz się?- zapytałem, próbują się czegoś dowiedzieć.
- To wszystko jest straszne. Jest mi smutno, ale nic nie potrafi pomóc. Poza tym mój ojciec ma się źle, spędzam teraz z nim czas, ale potrzeba go jeszcze tak wiele,a ja nie mogę tu zostać. To miejsce sprawia, że czuję się jeszcze gorzej.
- Rozumiem cię, to traumatyczne przeżycie stracić kogoś tak bliskiego. Choć nie ma cię kilka dni, tęsknię za tobą. Nie wiesz nawet jak bardzo da się odczuć twój brak. Wracaj.
- Nie mów tak jakbym wyjechała na zawsze.
- Ale tak to odczuwam. Shannon też mnie zostawił.- dodałem, stymulując głos na zawiedziony, w odpowiedzi usłyszałem delikatny śmiech Veroniki.
- Teraz to ci się udało, ale tak na serio... chcę wrócić. Będę w Los Angeles we wtorek o 17. Przyjedziesz?
- Co to za pytanie w ogóle.- udałem zirytowanie, po czym dodałem.- Mam dla ciebie niespodziankę, choć może to złe sformułowanie. W każdym razie ucieszysz się.
- Jaką niespodziankę? Jared? Powiedz mi.- odpowiedziała z nutą zainteresowania w głosie.
- Zapomnij.- dodałem, przekomarzając się z nią.- Powiem ci tylko, że jest dość żywa. Z resztą przekonasz się sama, skarbie.
- Nienawidzę cię.- wtrąciła ze zirytowaniem.
- Ja ciebie też, skarbie.
W następnej chwili kobieta się rozłączyła, a ja uśmiechnąłem się do siebie przywołując w myślach obraz szczeniaka.
- Muszę go w końcu jakoś nazwać.
Stwierdziłem, wracając do salonu gdzie reszta już czekała, by wybrać się na rowery.
- Wszystko w porządku?- zapytała Annabelle.
- Myślę, że tak. Co myślicie o tym, bym nazwał go Brutus?- zapytałem przyjaciół, wskazując gestem głowy psa.
- Co ty masz do tych zdrajców, co Jared? Judas? Brutus?- zaśmiała się Zoe.
- Mi też się zbytnio nie podoba. To powinno być jakieś pozytywne imię by do niego pasowało.- stwierdziła Jess.- Spójrz na niego Jay, czy on wygląda jak Brutus? No właśnie.- stwierdziła wymieniając ze mną spojrzenia i głaskając psa.




***

  Kiedy wieczorem wróciłem do swojego domu w Los Angeles byłem kompletnie zmęczony. Przywiózł mnie Robert, który pomagając mi z psem, wszedł jeszcze na chwilę. W czasie gdy Babu wnosił szczeniaka, ja sprawdziłem jeszcze skrzynkę pocztową. Ku mojemu zaskoczeniu nie było tam nic do mnie, a do Shannona i Veroniki. Odkładając korespondencję do brata, przyjrzałem się kopercie zaadresowanej do kobiety. Widniała na niej pieczątka z ambasady. Domyślałem się co to mogło być.
- Położyłem go w salonie. Coś ty masz taką poważną minę?- spytała mnie Robert, zbierając się do wyjścia. 
- Przyszła decyzja w sprawie pobytu Veroniki w Stanach. Z ambasady.- odpowiedziałem mu, pokazując kopertę.
- Chyba nie zamierzasz...
Wzruszyłem ramionami i spojrzałem mu w oczy.
- Wiesz jaka jest teraz sytuacja, a jeśli tam będzie odmowa...
- Nawet jeśli tak, to nie możesz tego otworzyć i musisz jej to oddać. Jared?- zwrócił się do mnie Robert.
- Wiem.- stwierdziłem.- Leć już bo Chloe będzie się martwić.- dodałem, odprowadzając brata do drzwi. Spoglądając na zegarek i uwzględniając zmianę czasu, zdałem sobie sprawę, że Veronica jeszcze śpi. Odkładając list na półkę, udałem się na górę. Postanowiłem zaczekać z wiadomością do powrotu dziewczyny.




***

- Emmo! Ale jak to w czwartek? Że kiedy się niby zgodziłem?- spytałem z udawanym zdziwienie, gdy rozmawiałem z nią przez telefon. Emma miała wrócić dopiero za 4 dni.
- Jared nie histeryzuj bo to ostatnia rzecz jaka ci wychodzi. I nie próbuj nawet brać mnie na litość bo ci się nie uda. Pójdziesz na to spotkanie i nic ci się nie stanie. Posłuchasz trochę o perspektywach biznesowych...
-  Zapomniałaś dodać jak nie umrę z nudów. Dlaczego mnie w to wkręciłaś?- zapytałem.
- Bo to ważne dla The Hive, a ja się raczej nie rozdwoję więc...a poza tym, masz coś lepszego do roboty, dziś? Znam twój grafik.
- To nie fair, Em. Już ostatnim razem dałem się wkręcić.
- Tak? To był tylko spotkanie, a mam ci przypomnieć kto był na ostatnich dwóch konferencjach?- wtrąciła kobieta.
- To teraz jesteśmy na etapie wypominania?- odbiłem piłeczkę, śmiejąc się.- Matko, Em. Kłócimy się jak stare małżeństwo.
- Zapomniałeś dodać: dobre i jak zwykle. - odpowiedziała mi Emma, też się śmiejąc.- Wciąż się sobie dziwię, co mnie podkusiło by babrać się z tobą Leto w TO wszystko. 
- Pewnie mój urok osobisty.- odpowiedziałem jej z sarkazmem.-  Emmo, wiesz, że jesteś niezastąpiona.
- Tak i niedoceniona. Niedoceniona Leto. Beze mnie byś chyba zginął. Dobra, muszę kończyć.
- I to nie raz Em. Pozdrów rodziców.- dodałem, śmiejąc się do siebie.
- Skąd ty?... zabije Roberta.
Kończąc rozmowę z przyjaciółką, poszedłem się przebrać na spotkanie.
- Perspektywy biznesowe... I który ma tu lepiej, co?
Zwróciłem się do psa, który leżał na dywanie przed łóżkiem. Następnie wkładając koszulę i marynarkę, wyszedłem z domu.
Spotkanie na które wysłała mnie Emma trwało prawie dwie godziny i kiedy już się skończyło miałem ochotę ją udusić. Byliśmy wspólnikami i to ja miałem to coś w sobie, ale czasami to ona to wykorzystywała na swoją korzyść. Jak? Nie miałem pojęcia, ale kłócą się z nią w sprawach biznesowych, zazwyczaj ulegałem. Kiedy miałem już odjechać spod siedziby firmy, gdzie odbywało się spotkanie, zadzwonił mój telefon. Lana del Ray. A ta czego chce?, pomyślałem obserwując migający wyświetlacz. Spokój, czy naprawdę to tak wiele?
- Hej, co jest grane?- zapytałem z udawaną radością, odbierając telefon.
- Cześć. Mam listę utworów i jestem dziś w studiu. Pomyślałam, że może chciałbyś wpaść. Moglibyśmy coś popróbować odnośnie naszego projektu. 
Jej głos był tak słodki, że gdyby tylko mogło, to właśnie zemdliło by mnie. Musiałem się jej w końcu pozbyć. Tylko to nie było takie proste...
- Miałem ciężki dzień, ale niech będzie. Podaj mi adres.
Po 15 minutach byłem już pod studiem.
- Szybko dotarłeś.- rzuciła mi na przywitanie wokalistka.- Poznaj to jest Chris Braide, jeden z moich producentów muzycznych.
- Cześć.- przywitałem się z mężczyzną po czym wziąłem od kobiety listę utworów.
- Musimy przećwiczyć jak brzmimy razem i w ogóle, wiesz, co mam na myśli. Może na początek Sunday Bloody Sunday, U2?- zapytała z entuzjazmem Lana. Utwór, był na liście moich ulubionych.
- Zaczynajmy.- odpowiedziałem, zajmując miejsce za mikrofonem. 
Jak się już w to wpakowałem, to trzeba było brnąć. Wśród piosenek wybranych przez Lane było kilka moich ulubionych więc nie mogłem jej zarzucić, że nie ma gustu lecz był inny problem. Nie współbrzmieliśmy razem.
- To źle brzmi.- stwierdziłem kiedy katowaliśmy utwór Yellow Submarine, The Beatles.- Śpiewasz to za nisko, a mój wokal nie jest w stanie się wkomponować.
- Zróbmy tak, Lana spróbuj zaśpiewać wyżej a ty Jared, zejdź przy refrenie.- wtrącił Chris.
- Spróbujmy.
Jednak po kilku różnych wersjach, wiedziałem że to nie ma sensu.
- Nie jesteśmy razem, w stanie tego zaśpiewać. Musicie znaleźć inne utwory bo za cholerę  tego, co tu jest, nie zaśpiewamy, tak by było dobrze. Ja się nie skompromituję.- powiedziałem, kiedy skończyliśmy już próbę. Widziałem, że Lana nie była zadowolona, ale jeśli chciała coś osiągnąć, musiała odpuścić. 
- Dobra Jared. Wiemy chociaż na czym stoimy, mamy Stonsów, U2 i The Police. Razem z Chrisem naradzimy się co do reszty i dam ci znać.-wtrąciła w końcu wokalistka.- Dzięki za dziś.
- Proszę, zatem do zobaczenia.
Pożegnałem się z nim i wróciłem do domu. Dziękuję, że ten dzień dobiega końca, pomyślałem wchodząc do domu.
- Psie!- odezwałem się, kiedy szczeniak przywitał mnie przy drzwiach, gdy wchodziłem. Miał chorą  nogę i trochę kulał, ale mimo to przyszedł mnie powitać.
- Stęskniłeś się za mną, co?- zwróciłem się do niego, głaszcząc go.- Dobra, już. Wiem, że jesteś głodny, chodź, poszukamy czegoś.- podnosząc się, ruszyłem do kuchni.- Zapomniałem kupić karmę, ale zostało jakieś mięso Shannona. Może być?




***

 Veronica:

  Od godziny nie potrafiłam myśleć o niczym inny i jak tylko samolot wylądował, wybiegłam z niego czym prędzej. Wpadając na halę przylotów, zaczęłam się rozglądać. To nie możliwe by go nie było, pomyślałam stając jak wryta na środku hali. 
- Jesteś!
Poczułam na szyi jego ciepły oddech, a po chwili uścisk. Podszedł do mnie od tyłu, z całej siły przytulając mnie do siebie. 
- Jared.- odwracając głowę w jego stronę, ponownie ujrzałam te oczy. 
Oczy, w których mogłam bezczelnie utonąć, nie dbając o rzeczywistość. W następnej chwili poczułam jak składa na moich ustach delikatny pocałunek. Chciałam więcej.
- Wracajmy do domu. Nie możemy tu stać.- odpowiedział mi wokalista, wciąż dotykając moich ust i śmiejąc się.
- Co cię tak bawi?- spytałam gdy szliśmy po moją torbę.
- Powroty bo one... one smakują nieziemsko.- odpowiedział mi mężczyzna, przybierając lekko perwersyjny wyraz twarzy i chwytając mój bagaż. Obejmując mnie swoim ramieniem, przyciągnął mnie do siebie.
- Naprawdę tęskniłeś?- spytałam udając niedowierzanie, gdy wsiadaliśmy do auta.
- Jak cholera. A za to, że się tak mało odzywałaś, to po prostu....eh!- wycedził Jared, kładąc swoje dłonie na mojej szyi i udając, że chce mnie udusić.- Możesz mi zaufać, tworzymy coś jak team, nie? Nie musisz przechodzić przez to sama.
- Wiem. Czuję się tak fatalnie...
- Już dobrze.- odpowiedział mi, przytulając mnie i całując z całą namiętnością. Chyba jedynie dzięki temu, nie zdążyłam się rozkleić.
- Wracajmy do domu.- powiedział Jared, odrywając się ode mnie.
- Więc...co to za niespodzianka?- spytałam kiedy już byliśmy na drodze. Wokalista jednak, posłał mi tylko tajemnicze spojrzenie.




***
Yello!
Wiem, wiem obiecywałam wcześniej, ale tyle się wydarzyło, że nie miałam czasu. Przede wszystkim chyba już nigdy nie powiem, że nie mam szczęścia bo wydarzyło się tyle od poprzedniej notki, że strach się bać! ;) A więc udało mi się wygrać w konkursie internetowym zaproszenia na koncert mojego "bardzo ulubionego" polskiego zespołu Neony <3 i ich płytę ( teraz mam dwie takie same, jedną dostałam na urodziny rok wcześniej :) ). Nie pytajcie mnie o nich bo ich kocham i nie jestem obiektywna, ale są po prostu CZADOWI!!! Po drugie wygrałam w radiu jeszcze jedną płytę, epkę Placebo, B3!<3  W dodatku bardzo mi zależało aby być na takiej imprezie jak ROCKTOBER FEST PARTY czyli urodziny Eski Rock <3 ale nie wygrałam wejściówek. I wydarzył się prawie cud. Dziewczyna, której wcale nie znałam oddała mi je bo sama być nie mogła. W dodatku było to blisko Wrocławia więc... wszystko się udało. Tak więc we wtorek bawiłam się w Warszawie, a w środę we Wrocławiu na koncercie Neonów :D Czwartek odsypiałam, a w piątek zaczęłam szukać pracy... i wydarzył się kolejny cud. Tego samego dnia ją znalazłam! Po prostu nie wierzę, że to wydarzyło się w tym tygodniu! W sumie jak bym spojrzała wstecz, to kiedyś już miała podobnie, ale u mnie to tak jest. Szczęście na zmianę z tragedią. Czyli wychodzę na zero. I oby tak dalej!

Provehito in altum!
Te dwa zdjęcia sprawiły, że nie myślała o nikim innym!( to drugie <3 <3 <3)
Oh, Jared, dlaczego nawet gdy nic nie robisz, tak bardzo jesteś w moim sercu?...

Mój promyczek!








Komentować! Podoba się, czy nie? Cokolwiek byle z sensem ;)

Liczę, że nowy wystrój bloga przypadnie Wam do gustu, tak jak mi! Za szablon dziękuję Nefrateve z Szablonownicy.




* "Walcząc z burzą dobijamy do brzegu. Oddajesz mi wszystko, ale ja chcę więcej i czekam na ciebie..."- U2, With or Without You.

8 komentarzy:

  1. Hmm... od czego by tu zacząć
    Veronika, pogrzeb jej matki i wgl to wszystko jak była w Polsce to było smutne.
    Mam nadzieję, że ten Dawid jakoś nie namiesza specjalnie, że to taki jeden malutki epizod.
    "- Co ty masz do tych zdrajców, co Jared? Judas? Brutus?" uśmiałam się z tego strasznie :)
    Jestem ciekawa jak Niko zareaguje na tego szczeniaka :)
    Czekam na nowy.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja wiem że nie mogę was zmusić ale... co jest nie tak? W sumie nie powinnam się martwić bo statystyki są dobre, w dniu zamieszczenia notki było 150 wyświetleń, a w kolejnych ok 100, codziennie a tylko JEDEN komentarz?! Ja już nie wiem, nie znając wszystkich opinii naprawdę trudno się pisze...tak chociaż wiem co was bawi a co nie. :( :( :(

    OdpowiedzUsuń
  3. masz wspaniałego bloga! będzie mi miło jeśli spodoba Ci się mój i go zaobserwujesz ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham twoje opowiadania! <3
    Gdy je czytam czuję jakbym się w nie 'wgryzała'! - a mianowicie chodzi o to, że nie mam ochoty dojść do końca, nie chce końca, chcę abym mogła to czytać bez ustanku.<3

    Początek piękny i muszę przyznać , ze uroniłam kilka łez czytając o tym jak bardzo cierpi Veronica, wciąż myślałam co czuje osoba, która traci kogoś tak bliskiego?...

    Cieszę się, ze nie przedstawiasz wszystkiego w różowych barwach , na prawdę nie znoszę gdy wszystko jest tak wyidealizowane, jednak uwielbiam czytać, ze 'Jared' jest w stanie zaangażować się i pokochać Nico.

    PS. Przepraszam, że nie pisałam musiałam przygotowywać się do egzaminów :) Ale już jestem i nadrabiam komentarzem! Czekam na nowy wpis , teraz juz nie powinnam się spóźnić z czytaniem i odp! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Cóż pisać... Genius! "Co ty masz do tych zdrajców, co Jared? Judas? Brutus?" No rozbroiłaś mnie! ;D Mam złe przeczucia... Tzn, może tak nie do końca, ale mam nadzieję, że Dawid, choć wydaje się sympatyczny nie namiesza tu zbytnio ;P Zdjęcia z tego rozdziału - mmm... ;) Nad treścią oczywiście również się rozpływam i czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam twoje opowiadanie ! :)Piszesz tak długie rozdziały a mimo chcę się więcej i więcej.Czytam już od dłuższego czasu i jak już wspomniałam wcześniej twoje historia strasznie wciąga.Przepraszam że komentuję dopiero teraz ale jak to mówią lepiej późno niż wcale.
    Czekam na następny i życzę weny! Pozdrawiam ! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Po prawie dwóch miesiącach przerwy powiadamiam o nowym ;) [yay!] Tylko pamiętaj żeby przeczytać informację przed rozdziałem, taka na czerwono i weź sobie ją do serca ;) [worlds-seventh-end.blogspot.com] Zapraszam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak wiem, baty mi się należą za brak komentarza wcześniej :( Taki czas, dopadło mnie lenistwo i nie komentuję nic ani nigdzie. Wczoraj się w końcu zebrałam i nadrabiam, dziś dotarłam do Ciebie i jedna rzecz, która mnie zadziwia... jak Ty to robisz, że dodajesz rozdziały w miarę regularnie a mimo to one zawsze są tak zajebiście długie i nigdy nie piszesz, że nie masz weny czy, że nie wiesz co pisać, że nie masz czasu itp. Każda autorka w blogosferze chociaż raz posłużyła się tą wymówką urywając akcję na miesiąc, dwa a nawet więcej a Ty nie. Pisałaś i piszesz i piszesz i bardzo Ci za to jestem wdzięczna bo kocham Twoje opowiadanie.
    Dużo się wydarzyło w tym rozdziale, dobrze, że ojciec wyjaśnił całą sytuację, dzięki temu Niko może nie będzie miała aż takich wyrzutów sumienia. Nie będzie się obwiniać za śmierć matki chociaż żal do siebie samej, że nie pogodziła się z mamą kiedy był jeszcze na to czas zostanie na pewno w niej na zawsze. Tak to już jest, że dostrzegamy niektóre rzeczy istotne dopiero wtedy kiedy jest już za późno i to jest prawda stara jak świat.
    Trochę mam żal do Jareda, że nie pojechał do Niko żeby ją wspierać tylko zafundował sobie wakacje z przyjaciółmi w tym czasie :| Nie ładnie... Pamiętam jak sama przechodziłam podobne chwile i no wiadomo, rodzina rodziną ale jednak bliskość i wsparcie TEJ osoby nie da się porównać z niczym innym.
    Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, żeby wątek kolegi Dawida miał się jakoś rozwinąć... no bo jak? On tam, ona tu... Jednorazowy wyskok? Ciekawe czy Veronica będzie szczera i opowie wszystko młodszemu Leto no i jego reakcja hm hmm...
    Annabelle Wallis- ZNIKNIJ forewa ze wszystkich opowiadań! Nie lubię :| złe przeczucia mam, jakaś taka nieszczera się wydaje pomimo, że w tym rozdziale nic złego przecież nie zrobiła...
    Widzę, że nam wszystkim spodobał się fragment z Brutusem i Judasem xD fajnie Ci to wyszło, mam wrażenie, że nie masz najmniejszego problemu z pisaniem takich funny momentów, niektórzy próbują, silą się i starają ale jakoś im nie wychodzi. To chyba najcięższa rzecz do zrobienia, rozbawić czytelnika a Tobie wychodzi to ot tak :))
    Podoba mi się końcówka bardzo, dialog między naszymi zakochańcami mmm i jak zwykle zostawiasz nas w momencie w którym chce się dalej czytać i czytać i czytać... no ale rozumiem ten chwyt, to budowanie zainteresowania 'i co dalej?" xD
    Jutro wtorek, mam cichą nadzieję, że może dodasz nowy rozdział? Czekam no i na koniec przepraszam, że dopiero teraz komentuję :| Postaram się wrócić do tego wcześniejszego systemu i komentować od razu po przeczytaniu, to jest najlepsza metoda i wyrzutów sumienia później nie mam, że Ty wrzucasz nowe teksty ku mojemu zadowoleniu a ja od siebie nic.
    Pozdrawiam gorąco.

    OdpowiedzUsuń

Followers

Sztuczna inteligencja:













Treść: Mary. Nagłówek: Alibi, 30 STM. Belka: Wait, 30STM. Adres: parafraza tekstu The Pixies. Obsługiwane przez usługę Blogger.