sobota, 15 czerwca 2013

41. Więc bądź i przyjdź i pozwól na to bym mógł z tobą być *

Z dedykacją :
Dla wszystkich którzy czekali


   W drodze do pracy zaczynam rozważać plan, który przyszedł mi do głowy dzisiejszego ranka. Najlepsza recepta na złamane serce? Jak to powiadają, zabić klin klinem. Z racji tego, że Shannon jest moim przyjacielem, nie mogę stać bezczynnie, gdy mam okazję by działać. Już kilka miesięcy temu, kiedy przedstawiłam perkusiście Katię, zauważyłam, że kobieta skupiła jego uwagę. Zacznę może od tego, że blondynka nie może nie podobać się mężczyznom. Jest  naprawdę piękną kobietą, ja jednak najbardziej cenię w niej silny charakter i odwagę, którą przejawia w każdym aspekcie swojego życia. Jednakże z drugiej strony, postronny obserwator może dostrzec w niej pruderyjność i bezwstydność, którą często przejawia w kontaktach z płcią przeciwną,  a to z kolei w oczach zawistnych rywalek, sprowadza ją niemalże do pozycji tak zwanej „suki”. Mimo wszystko, gdy nie stroni od napędzających ją używek, potrafi być zaskakująco komunikatywna i trzeźwo rozumująca.
   Nigdy nie bawiłam się w swatkę, bo sama nie lubię czegoś takiego. Tym razem wiem, że jest inaczej i dlatego postanowiłam zrobić coś, by zbliżyć do siebie tę dwójkę. Może wszystko potoczyłoby się samo, gdyby na drodze nie stanęła Lana Del Rey… W każdym razie - koncert Muse, na który Jared miał mnie zabrać, był do tego świetną okazją. Chcę odzyskać dawnego Shannona, a jeśli przy okazji mógłby zyskać odrobinę szczęścia. Tylko na tym mi zależy.
   W pracy wszystko udaje mi się tak poukładać, że popołudniu mam dwugodzinną przerwę. W dużej mierze to zasługa Stelli, mojej asystentki, która skutecznie przestawia rozkład dnia, tak bym zdążyła. Nie tracę więc czasu i odwiedzam Katię, zajeżdżając po drodze po coś na lunch.
   Przyjaciółka, choć mogłaby mieć apartament lub luksusowy dom, mieszka w nie zbyt dużym mieszkaniu, w budynku przypominającym coś na wzór kamienicy i, mimo że znajduje się to w centrum miasta, architektura tego miejsca nie urzeka, a nawet można rzec - napawa szarością przedmieści. Pomimo to, uwielbiam jej minimalistyczne mieszkanie, z ogromnymi na całą ścianę oknami, wysokimi stropami, nielicznymi meblami i ścianami we wszystkich odcieniach tęczy, które mocno zapadają w pamięć.
   Kiedy docieram już na piętro, nie muszę dzwonić, bo wiem, że drzwi są otwarte. Wchodzę i od razu uderza mnie głos Janis Joplin, śpiewającej o tym, jak ciężko być zakochanym. Zdejmuję płaszcz i w tej samej chwili dobiega mnie głos Katii:
   - Jestem w kuchni! Dobrze, że przyszłaś, musisz mi pomóc!

   Przemierzając zagracony korytarz, zauważam materiały do remontu: wałek, pędzle, wiaderka z farbami, drabinę i mimowolnie uśmiecham się na samą myśl, co za chwilę zobaczę.
  - Hej! Niezłe wdzianko! Nie wspominałaś, że planujesz remont mieszkania - mówię, wskazując na nią oskarżycielsko palcem…
  - Bo nie planowałam… Podoba ci się? - blondynka odwraca się do mnie i posyła szeroki uśmiech.
Ma na sobie starą, za dużą koszulę w czerwoną kratę, majtki i papierową czapkę z gazety na głowie. Stoi na kuchennym blacie, a jedna ręką przyciska do ściany ogromny szablon, podtrzymując go dodatkowo nogą.
- Wiesz, jaka ja jestem, przedwczoraj obudziłam się z wizją i musiałam ją zrealizować - mówi, wzruszywszy ramionami.
  - Czy mi się wydaje, czy ty… Pomalowałaś ścianę na czarno? - wyrzucam lekko zaskoczona, przyglądając się powierzchni, która do niedawna była w kolorze brudnego różu i podchodzę bliżej, by się przyjrzeć powstającemu „dziełu”, jednak od razu zostaję zbesztana:
  - Niko, otrząśnij się. Potrzebuję pomocy. Skoro tu jesteś, przytrzymasz mi szablon… No, nie stój tak, wskakuj tutaj!
   Głos Katii działa na mnie mobilizująco, odstawiam więc siatkę z lunchem i wskakuję na blat.
  - Tylko nie spieprzmy tego, dobrze? Trzymaj prosto. Nie chcę podwójnego Chaplina w mojej kuchni.
   Uśmiecham się i łapię szablon ze wzorem, tak jak pokazuje mi przyjaciółka. Po kilku minutach na niewielkiej, czarnej ścianie wita nas, kłaniająca się w pas, biała postać Charliego,  trzymająca w dłoni kapelusz. Muszę stwierdzić, że efekt końcowy jest genialny.
  - Czy teraz już możemy pogadać?

***

   Kiedy wracam wieczorem do domu, mam niewiele czasu, by przygotować się do wyjścia. Jared oczywiście już czeka i, rozmawiając przez telefon, krząta się po domu. Kiedy mnie dostrzega, posyła mi całusa i gestem dłoni daje do zrozumienia, że muszę się pośpieszyć.
  - Załatwiłeś sprawę z Shannonem? - zwracam się do niego prawie na migi. W odpowiedzi kiwa mi głową.
   Przyglądam mu się jeszcze chwilę, ponieważ ma na sobie  bluzę z kapturem, czarne rurki i dżinsową kamizelkę przez co mam wrażenie, że stoi przede mną niemalże nastolatek, a w momencie gdy odwraca się do mnie plecami, nie potrafię skupić się na niczym innym poza jego chudym, jędrnym tyłeczkiem, opinanym przez czarne spodnie. Rozmarzenie i złudzenie jednak znika, kiedy zatapiam wzrok w ogromnych, mądrych i, w tej chwili, lekko zniecierpliwionych oczach. Nie tracę więc czasu i zostawiam Jerry’ego z tajemniczym rozmówcą, a sama pędzę się przebrać i odświeżyć.
   Gdy wracam z powrotem do kuchni, Jared wciąż rozmawia przez BlackBerry, ale z tonu głosu wnioskuje, że nie są to bynajmniej sprawy dotyczące zespołu, lecz ogólnie pojmowanej rozrywki. Nalewam sobie soku i, opierając o kuchenny blat, czekam aż mężczyzna skończy rozmawiać. W chwili gdy słyszę, jak brunet wręcz kokietuje swoją rozmówczynię, nie potrafię nie być zazdrosna. Dlaczego on musi robić to na każdym kroku? To uczucie jest silniejsze ode mnie i, gdy odstawiam z impetem szklankę, Jared ogląda się na mnie gwałtownie i kończy rozmowę. Przez sekundę przyglądam mu się, a moja podświadomość rzuca mu prowokacyjne: „Czyżby pan Leto w końcu zauważył swój nietakt?”, ale już po pierwszych słowach wokalisty wiem, że on niczego nie dostrzega:
  - Skarbie, już się zbieramy. Nie mam dziś nawet chwili spokoju, każdy czegoś ode mnie chce… Masz bilety? - rzuca do mnie, ale nie zdążam odpowiedzieć, bo robi to za mnie.
 - Są, dobra… Mój portfel, telefon, klucze… Chyba wszystko mam.  Zajedziemy po Shannona, bo to po drodze, czeka już na nas… Coś się stało?
   Jared nagle zatrzymuje się jak wryty przede mną i łapie mnie za ramiona. Dopiero kiedy się nie odzywam, zaczyna zauważać sytuacje.
  - Ej, czemu masz taką minę? O co chodzi? Veronica?
  - Nie chce teraz o tym rozmawiać. Czy my się nie śpieszymy? -  próbuje go zbyć i wyminąć, ale ten momentalnie mnie cofa. Niczym szmaciana lalka wracam na swoje miejsce, a niebieskie tęczówki przyglądają mi się bacznie. Wciąż zapominam, że ma więcej siły ode mnie. W dodatku nie lubię, gdy okazuje ją w taki sposób.
  - Nie Nicky, powiesz mi teraz.
   Myślisz, że będziesz mówił mi, co mam robić?, drwię sobie z niego w myślach ze złości. Nie wiem dlaczego, ale w takich sytuacjach zawsze odzywa się we mnie coś, co każe mi buntować się niczym mała dziewczynka, choć nie mam ochoty na przekomarzanie się. Zakładam ostentacyjnie ręce na piersi i spuszczam wzrok na dół, bowiem nie mogę dłużej wytrzymać wiercącego mnie na wylot, spojrzenia Jareda. Tkwimy tak przez dłuższy moment i  cały ten czas czuję, że brunet nawet na chwilę nie spuszcza ze mnie oka.
  - Chodzi o ten telefon.
  - Bingo, geniuszu… - wypowiadam te słowa tak spontanicznie, że sama się dziwię. Kipiący z nich sarkazm uderza Jareda, który na ułamek sekundy wpada w bezruch, postanawiam to wykorzystać.
- Nie dziwię się, że nie masz spokoju, jeżeli ze wszystkimi kobietami rozmawiasz w taki sposób…
   Jared wraca do siebie i przechylając głowę na bok, przygląda mi się, lekko pokiwując, jakby chciał powiedzieć: „to moja praca, muszę tak”. Po sekundzie wyraz jego twarzy zmienia się w rozbawienie.
  - Głuptasie… Chodź tu do mnie - rzuca i otwiera swoje ramiona.
Próbuje nie wypaść ze swojej roli i zachować powagę, ale to ciężkie, gdy mężczyzna się do mnie uśmiecha. Robię krok do przodu i to wystarcza, by brunet przyciągnął mnie mocno do siebie. Spogląda na mnie lekko z góry i całuje w czoło. Delikatny zarost łaskocze mnie po policzkach i nosie. W tej samej chwili czuję, jak  jego ramiona szczelnie mnie otulają i złość odpuszcza. I znów to robi, bo ma świadomość, jak na mnie działa!

***

  - Wciąż nie mogę pojąć, dlaczego się uparliście bym poszedł na ten koncert z wami… Jared przecież mówiłem ci byś wziął Roberta, a nie ciągnął mnie.
  - Mówiłeś, ale oddałem te bilety Veronice…
  - .. i powiedział, żebym zabrała przyjaciół, więc właśnie to robię, Shanny. Będzie super zabawa, zobaczysz. W końcu to Muse, nie może być nudy i marudzenia.
   Spoglądając na dziewczynę, nie mogę zrozumieć jej radości i wylewnego entuzjazmu. Koncert, jak każdy inny. Kojarzyłem Muse, ale nie byli dla mnie jakąś ogromną rewelacją.
   Dopiero, kiedy widzę zmierzającą do nas blondynkę, ubraną całą w skórę, z kaskiem pod ręką, uświadamiam sobie, co się dzieje. Gdy podchodzi bliżej i wita się z Veronicą, nie mam wątpliwości, że się znamy. Mimowolnie uśmiecham się na jej widok.
  - Hej, Shannon - rzuca mi tonem obojętnym, tak przelotnie i szybko, że ledwie zdążam podnieść dłoń na przywitanie, nie mówiąc już o zwykłym „cześć”, które przez zaskoczenie uwięzło mi w gardle. Kobieta odwraca się do Jareda, który momentalnie zawala ją pytaniami. I albo mam wrażenie, albo blondynka zupełnie mnie zlekceważyła, a gdy się poznaliśmy, wydawało mi się, że mnie lubi. Nie powiem, poczułem w tym momencie lekkie ukucie.
   W tym samym czasie podchodzi do mnie Veronica, opierając się na moim ramieniu i posyłając mi wielki uśmiech, pociąga mnie do środka hali.
  - Przejrzałem cię… nie rób tego.
   Brunetka podniosła jedynie głowę i uśmiechnęła się niewinnie, jak tylko ona potrafi. Czy jestem gotowy na kolejny związek, który miałby się zaraz rozpaść? I w dodatku dać się wyswatać?
  - Posłuchaj mądrzejszego i załóż lepiej kaptur.
  - Niby dlaczego?
  - Spójrz tam.
   Nie muszę dodawać nic więcej, kobieta podąża wzrokiem za moją ręką i krzywo się do mnie uśmiecha. Tłum u wejścia hali jest dość spory, bo - oprócz ludzi zmierzających na koncert - wypełniali go w większej mierze fotoreporterzy, czyhający ze swoimi lustrzankami niczym cmentarne hieny na padlinę. Odwracając głowę na bok zauważam, że dwójka za moimi plecami, pogrążona w rozmowie, zrobiła to samo. Oby przemknięcie w kapturze i okularach było takie proste! Wymieniając jeszcze spojrzenia z Jaredem, poprawiam okulary i wsadzam ręce do kieszeni:
  - Dobra, banda. Za mną, ruszać się.

***

  - Jak nazywa się ten numer? - ja.
  - Spodobał ci się? - pyta Veronica.
  - Powiedzmy, że dobrze zaczęli, więc jak?
  - Un-sus-tain-able.
   Brunetka posłała mi jeszcze uśmiech wyrażający: a nie mówiłam, po czym wraca do poruszania się w rytm dubstepowego brzmienia. Nie mogę zaprzeczyć, kawałek rozpoczynający koncert podobał mi się. Na pozór prosta kompozycja, stanowiąca raczej wstęp niż piosenkę, połączona z elektroniką, ma coś, co sprawia, że melodia zapada w ucho. Do tego dochodzą efekty świetlne i pirotechniczne, które stanowią resztę show. Największe wrażenie robi jednak ogromna piramida, która unosząc się do góry - odsłaniała powoli perkusję. Wow.
Następnie, jak się dowiaduje, lecą inne piosenki z nowej płyty, takie jak Supremacy, Animals czy Panic Station.
   W miarę trwania koncertu zauważam, że hala, w której na co dzień odbywają się mecze NBA, jest w całości wypełniona, a my znajdujemy się pośrodku istnego szaleństwa. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem na takim normalnym koncercie, a jak na razie tylko jedna dziewczyna rozpoznała Jareda i poprosiła go o zdjęcie, więc dobra zabawa nie jest jeszcze stracona.
   Odwracam głowę, spoglądam na Katię, która stoi lekko przede mną  w towarzystwie Niko i Jareda. W tym samym momencie dociera do mnie, że stoję za nimi. Robię krok do przodu, co od razu jest zauważone przez blondynkę. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkają, co odruchowo wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Od naszego spotkania zamieniliśmy ze sobą może dwa słowa i nie mam pojęcia, dlaczego kobieta traktuje mnie tak obojętnie. Sam nie należę do zbytnio wylewnych, ale to dlatego że byłem i chyba wciąż jestem w szoku.
   Spoglądam na mojego brata i Polkę, którzy bawią się w najlepsze i czuje się jak kołek. Zerkając na Katię, zauważam jak co chwila uśmiech pląta się po jej twarzy, a opadające na ramiona włosy, falują od spontanicznych ruchów głowy. Wygląda niesamowicie. Ostatni raz widzieliśmy się w grudniu, kiedy Jared zaprosił ją na urodziny Nicky, ale wtedy nie potrafiłem tego dostrzec, bo byłem pod urokiem Lany. Kiedy zbieram się, by do niej zagadać, dostrzegam Veronikę, która pokazuje, że trzyma za mnie kciuki. Na moment to mnie dekoncentruje i sprawia, że zamieniam się w nieśmiałego wręcz licealistę, jednak  po chwili wracam do siebie. Gdy Matt zaczyna grać na fortepianie, tłum milknie i robi się dość spokojnie, postanawiam to wykorzystać:
  - Nie mówiłaś, że jeździsz na motorze?
  - A pytałeś? - odpowiada mi zgryźliwie.
  - A słyszałaś, że złość piękności szkodzi?
   Katia spogląda na mnie i unosi jedną brew, czym mnie zaskakuje.
  - Ha! Nie podejdziesz mnie w ten sposób, Leto, ale wazelina dobra.
  - Szkoda, że zmieniłaś kolor włosów. Rudy bardziej podkreślał twój charakterek - rzucam, nie wiele myśląc. Tym samym przypominam sobie jej wadę, o której zdążyłem zapomnieć. Jak to w ogóle możliwe? Ale o dziwo kobieta zaczyna się głośno śmiać.
  - Jeden do zera, dla ciebie, Leto.
  - Dobrze się bawisz?
   Rzuca mi przelotne spojrzenie i kiwa głową, ale po sekundzie dodaje:
  - Ty za to nie bardzo.
  - Nie, dlaczego? - próbuję udawać zaskoczonego. - Słyszałem od Veroniki, że wróciłaś do Stanów? - zmieniam temat.
Udaje mi się zadać pytanie i w tej samej chwili, zespół zaczyna grać full bandem, zagłuszając odpowiedź kobiety. Kiedy brzmienie lekko przycicha, kobieta zwraca się do mnie na ucho:
  - Idę po coś do picia - nim docierają do mnie te słowa, jej już nie ma.
Nie wiele myśląc, postanawiam iść z Katią. Przeciskając się przez tłum, dopiero u wyjścia doganiam kobietę. Poprawiam kaptur i nagle przychodzi mi coś na myśl. Kiedy jestem już za nią, chwytam jej kaptur i zarzucam go blondynce na głowę tak, że przez moment nic nie widzi.
  - Puszczaj! - panicznie krzyczy i próbuje się wyrwać. Jest niższa ode mnie, więc spokojnie zamykam ją w swoich ramionach. Jednak żeby nie skupiać uwagi przechodzących ludzi, odpuszczam.
  - Spokojnie to tylko ja! - dodaję z uśmiechem i unoszę ręce w geście obronnym, ale blondynka mierzy  mnie niezjednanym wzrokiem. - To był żart - próbuję się usprawiedliwić, ale dostaję za to w ramię.
  - Kretyn!
   Odwraca się na pięcie. Jest zła. Idę za nią. Miałem zły pomysł, ale teraz już za późno. Kiedy stoimy w kolejce, nagle to ona odzywa się do mnie:
  - Będziemy stać jak te kołki, nie odzywając się do siebie? - ton jej głosu zmienia się na bardziej przyjacielski, a kobieta obdarza mnie półuśmiechem. What the fuck?, myślę. I jak za nią nadążyć?
- Wydarłaś się na mnie tak, że zamknąłem się w sobie. - Mamrocę pod nosem, udając obrażone dziecko.
   Katia wybucha gromkim śmiechem, skupiając uwagę kolejki na nas.
  - Wybacz. Tak niedużo potrzeba, by cię onieśmielić, Leto?
  - Mi w ogóle NIEWIELE potrzeba. If you know, what I mean.
  - Co ty nie powiesz -  kobieta, uśmiechając się, podpuszcza mnie, co działa niczym płachta na byka:
  - Chcesz się przekonać?
  - A czy ty chcesz podjąć to ryzyko?
  - Jakie ryzyko, skarbie? - zbliżam się do niej i zwracam szeptem. Kolejka nie jest jednak dobrym miejscem do toczenia gry słownej. - Wiem, na co mnie stać.
  - Hah! Trudno mi zaimponować, s k a r b i e. Naprawdę trudno.
   Katia naśladuje mój ton głosu i podchodzi bliżej. Mierzymy się wzrokiem i mogę dostrzec, że blondynka dobrze się bawi.
  - Hm, w takim razie nie słyszałaś o braciach Leto - dodaję pewny siebie.
  - Aż takie wysokie mniemanie macie o sobie?
  - Żadne mniemanie… Widzisz, to czysta natura.
  - Doprawdy? Czyli jednak Farrel mówił prawdę o… atrybutach twojego brata.
   Kobieta wypowiada te słowa z rozbawieniem, co łamie mnie i powoduje, że całą powagę trafia szlag. Obydwoje się śmiejemy. Aż zastanawiam się, ile jeszcze wie o nas Internet.
   Przez tę rozmowę nawet nie wiem, kiedy nastała nasza kolej. Gdy zostajemy obsłużeni i wracamy z powrotem pod scenę, dodaję jeszcze:
  - Lubię nowe wyzwania.
   Kobieta spogląda na mnie z ukosa i  kiwa głową. Chciałbym wiedzieć, o czy teraz myśli. Przez tę krótką chwilę naszej rozmowy, zaintrygowała mnie.
  - Jesteście. A jednak nie porwał was tłum? - zwraca się do mnie Veronica, gdy zauważa nas koło siebie. Ponownie robi się głośno, a tłum zaczyna piszczeć, więc nie silę się już na odpowiedź, tylko podaję jej butelkę z wodą.
   Dopiero po sekundzie uświadamiam sobie, że znam tę piosenkę. Ten początek, no oczywiście! My plug in Baby crucifies my enemies...** Z Muse znałem tylko kilka starszych piosenek i jedną z nich było właśnie „Plug In Baby”. Gdy odwracam się, widzę jak tłum dziko skacze, co chwila kołysząc się na boki. Ku zaskoczeniu w  dużej większości  nie są to wyłącznie małolaty, ale dorośli  ludzie. Spoglądam w drugą stronę, i dostrzegam. jak osobnik w kapturze, obejmuje Veronicę w pasie i opierając głowę na jej ramieniu śpiewa razem z Mattem. Kobieta obraca się w jego ramionach i zanurzając dłonie w kieszeniach jego spodni, obejmuje go całego, Jared zaś oplata dłonie na jej karku, przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej tak, że stykają się czołami. Przyglądam im się przez dłuższą chwilę i gdzieś głęboko w środku zaczynam zazdrościć bratu.
   Show dobiega końca po prawie dwóch godzinach. Zespół żegna się i znika, a tłum zgromadzony w ogromnej hali sportowej zaczyna skandować.
   Niespodziewanie staje przede mną Katia. Jest poważna, a w jej oczach daje się dostrzec ten sam cień, co na samym początku. Zbliża się do mnie by przekrzyczeć ludzi:
  - Czy ja jestem dla ciebie wyzwaniem?
   Jej słowa kompletnie mnie zaskakują i uderzają z mocą, która sprawia, że odbiera mi mowę. Przyglądając się wyrazowi mojej twarzy, marszczy brwi. Niecierpliwi ją, że musi czekać na odpowiedź, której chce już. W końcu, kontynuuje:
  - Shannon, nie będę grać z Tobę w twoje gierki i nie wiem, dlaczego Veronica zaaranżowała to spotkanie, chociaż… może się domyślam. Nie chcę być zamiennikiem, rozumiesz?
  - O czym ty mówisz? Jakim zamiennikiem? - zdobywam się w końcu na odpowiedź.
  - Domyśl się. Nie rozumiem cię. Nie rozumiem, czego chcesz ode mnie. Raz dajesz mi do zrozumienia, że.. a potem... Zresztą, to już nie ważne.
   W tej samej chwili zauważam, że Muse wyszli na bis i zaczynają grać Starlight, który rozbrzmiewa już w całej hali, a dźwięk powoli narasta. Katia w tym momencie mówi, coś do Niko i widzę, że chce wyjść, ale w ostatniej chwili łapie ją za rękę. Jest tak głośno, że muszę krzyczeć:
 - Dlaczego uciekasz? Porozmawiaj ze mną!
 - Puść mnie.
 - Co ja ci takiego zrobiłem?
 - Przypomnij sobie początek naszej znajomości.  A teraz mnie puść!
 - Imprezę Veroniki?
 - Ostrzegam cię.
   Blondynka mierzy mnie ostrym spojrzeniem, zacięcie mnie lekceważąc. Potrafi być taka zmienna, że mam problem by za nią nadążyć. Otaczający nas tłum, podskakując, prawie nas gniecie. Kiedy chcę powiedzieć coś jeszcze, Katia z całej siły staje mi na stopę i dla wzmocnienia efektu podskakuje na niej. Ból koncentruje się na palcach, sprawiając, że łapię się za stopę i  puszczam rękę blondynki, która od razu znika w falującej masie ludzi.
   Gdy już dociera do mnie cała zaistniała sytuacja, próbuje domyślić się, co takiego zrobiłem Katii, że zareagowała tak gwałtownie. Co ją napadło? Wracam pamięcią do wrześniowej imprezy, kiedy Veronica nas sobie przedstawiła. Pamiętam, że kobieta od razu zrobiła na mnie wrażenie. Tak samo jak jej pomarańczowe (wtedy) włosy.  Wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy się, ale… Lana!, w mojej głowie mimowolnie zapaliła się lampka i w tej chwili zrozumiałem, o czym mówiła blondynka. Ty kretynie, dałeś jej złudzenie, a potem olałeś dla tej lalki! Zobaczyłem wszystko jak na tacy, czysto i klarownie. W tamtym czasie zacząłem spotykać się z Elizabeth, a Katię najzwyczajniej w świecie zbyłem. Teraz, gdy znów byłem wolny, moja uwaga zwróciła się z powrotem na tę kobietę. Jestem żałosny.
  - Shannon.
Z zamyślenia wyrwała mnie dopiero ręka Veroniki przed moja twarzą.
- Co się stało, że Katia tak nagle wypadła? Chciałam ją zapytać, ale miała taką minę, że wolałam nie.
   Koncert skończył się, a ludzie zaczęli się rozchodzić. Stanęliśmy z boku.
  - Co się stało? Sam chciałbym to wiedzieć. Rozmawialiśmy normalnie, aż tu nagle oświadczyła mi, że nie da się uwieść i żebym trzymał się z daleka, po czym uciekła jak oparzona. No i powiedz mi, co się stało?
  - Tak po prostu? - wtrącił Jared.
   Kiwam tylko głową. Veronica  patrzy na nas z przerażeniem, jakby sobie coś nagle uświadomiła. Oboje z Jaredem spoglądamy na nią.
  - Shannon, opowiedz mi dokładnie, jak się zachowywała od początku?
  - Veronica, na co wpadłaś? - przerywa jej bezceremonialnie Jay.
   Kobieta mierzy go wciąż przerażonym wzrokiem i zauważam, że boi się odpowiedzieć, co mnie zaskakuje.
  - Katia, może, nie była do końca sobą…
  - Co to znaczy? - teraz to ja się wtrącam.
  - Mogła być na haju.

***

W tym tygodniu w moim życiu dzieje się, chwilami może nawet za dużo. Wczorajszy koncert stanowił małą odskocznie od pracy nad płytą, ale trzeba do niej wracać, bo mamy jeszcze tyle do zrobienia. Po całym dniu spędzonym w studio, razem ze Stevem Lillywhitem, proces końcowy powoli dobiega końca. Jestem podekscytowany, dlatego dzielę się moją radością z Echelonem:

„W tej chwili jesteśmy w studio, kładę wisienkę na torcie. Nie mogę się doczekać!”

 -  Jared, twojej mentalnej obecność też potrzebujemy – upomina mnie Steve, kiedy dostrzega w mojej dłoni telefon. Pracując z Lillywhitem nauczyłem się, że mężczyzna ceni sobie pełne skupienie na pracy, ale czasem naprawdę wymaga za dużo. Wzdycham i już chcę schować BlackBerry do kieszeni, kiedy Shannon podchodzi i nim zdążam zareagować, zabiera mi je.
 - Sorry bro, ale w tej kwestii ci nie ufam – brat puszcza mi oczko i bezceremonialnie wyłącza telefon.
 - Ej! – Tylko tyle udaje mi się krzyknąć, gdy perkusista rzuca moją komórką do gitarzysty. Na szczęście Tomo ma już wprawę i telefon bezpiecznie ląduje w jego dłoniach, a następnie na wzmacniaczu. Brak mi słów do mojego brata, więc tylko stukam się w głowę.
 - Czy dzieci już skończyły popołudniową zabawę? – Na ziemię sprowadza nas ponownie głos Steve’a, który zakłada na nos okulary i obraca się na krześle. - Jared, możesz tu podejść? Musisz tego posłuchać.
  Koniec żartów, czas zakasać rękawy, ta myśl towarzyszy mi przez cały najbliższy tydzień.

   Piątek nie jest jednak zwykłym dniem, mimo tego że wszyscy pracujemy. Walentynki. Święto znienawidzone przez singli, i być może jeszcze bardziej przez zakochanych, którym na każdym rogu wytyka się, że powinni okazać swoje uczucia, udowodnić ich siłę, jakby nie było to czymś oczywistym na co dzień. Nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tego święta i dziś zacząłem się zastanawiać, czy powinienem coś w związku z tym zmienić. Czy nie będzie to sztuczne? Kogo ja chcę oszukać, Bart głośno dyskutuje w mojej głowie. Z zamyśleń wyrywa mnie wpadający do studia Shannon:
 - Dzisiaj w końcu strzyżemy naszego Tomusia! - rzuca z entuzjazmem i zajmuje miejsce w fotelu naprzeciwko mnie, obracając się przy tym dookoła i zacierając dłonie. Przez moment wygląda lekko demonicznie, co wywołuje u mnie uśmiech i odrywa od przeglądania materiałów do teledysku.
 - Co jak co, ale nie mogę sobie tego teraz wyobrazić.
 - Tomo, bez swoich oszałamiających loków? Jak my to zniesiemy?! Dobrze, że się z nim o to nie założyłem! Tyle przegrać… - ton jakim Shannon to wypowiada i gestykulacja, sprawiają, że oboje zaczynamy się śmiać. - Nawet Vicky powiedziała, że nie odpuści tego i przyjedzie z Tomo, żeby to zobaczyć. Zapowiada się ciekawy wieczór.
  Nasza metamorfoza ma stanowić kolejny etap w stronę, zbliżającej się wielkimi krokami, nowej ery. New beginning.  Każdy etap naszego życia jako zespołu, jak dotąd miał swój specyficzny charakter, tak będzie i teraz. Wydajemy nie tylko kolejną płytę, ale przede wszystkim odradzamy się, godząc z przeszłością.
 - Co właściwie robisz? Pomóc ci jakoś?
   Nim zdążam odpowiedzieć Shannon jest już przy mnie.
 - Przeglądam materiały z kręcenia teledysku i próbuję ustalić wizję, jak ma to wyglądać. Z resztą zobacz sam, wyszło naprawdę świetnie.
   Przez najbliższy czas siedzimy razem z Shannonem nad filmem. Z dwóch dni zdjęć mamy kilkadziesiąt godzin taśmy, więc jest, co przeglądać. Odpadamy przy materiale z bitwy na farbę, gdzie oprócz nagrań do teledysku nagrały się wygłupy Shanna z Tomo i Jamie.
 - Wyłączam to, bo moja przepona mówi stanowcze nie. Dość.
 - Hah! Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby zebrać wszystkie nasze odpały  z ostatnich trzech lat? O-ku-źwa - Shannon śmieje się do rozpuku.
 - Bylibyście z Tomislavem konkurencją dla Bama i chłopaków z Jackassa.
  Kiedy wychodzimy ze studia, Shannon zwraca się do mnie:
- Ej, czy dziś przypadkiem nie wypuszczają tej reklamy z Tobą? Hugo Boss Red czy coś?
- Hm… spot Walentynowy... powiedzmy, że to jak reklama perfum.
- Nie chwaliłeś się.
- A ty pamiętałeś.
- Twitter, stary – Shannon posyła mi oczko i nic więcej nie musi dodawać. Mimowolnie się uśmiecham i postanawiam zapytać go, o coś jeszcze:
- Wychodzisz gdzieś… wieczorem?
- I’m going out, I’m gonna drink myself to death*** - nuci do mnie, jednak nie potrafię skojarzyć piosenki, więc kiedy brat widzi zmieszanie na mojej twarzy, z oburzeniem przestaje. - Zakładam, że nie pytasz z czystko braterskiej troski, więc niech pomyślę, jaki mamy dziś dzień… - drapie się palcem wskazującym po brodzie.
- W zeszłym roku o tej porze rozpakowywałem bardzo seksowną i długonogą walentynkę, a w tym, może zrobię sobie powtórkę? Kto wie... Becks wspominał mi coś o dj-skiej imprezie... Ale czekaj… o co ty mnie właściwie chcesz zapytać?
Shannon w jednej chwili z dowcipnisia i amanta, zmienia się w dedukującego detektywa, a im dłużej mi się przygląda, tym bardziej uśmiech na jego twarzy powiększa się, mieszając się ze zdziwieniem.
- To ty gdzieś wychodzisz!
W końcu z jego ust pada oczywiste stwierdzenie, wyrzucone w moja stronę z mocą oskarżenia lecz z wydźwiękiem radości.
-  Jeszcze chyba nie dowierzam, będziesz obchodził Walentynki?!
-  Dasz mi coś powiedzieć czy nie? - próbuje przerwać monolog brata i dostać się do głosu, co nie jest wcale takie łatwe. - Nigdzie nie wychodzę, przynajmniej na razie. Shannon, ja nie wiem co powinienem zrobić…
- Jak to „CO”?!
- Przez ostatnie dni żadne z nas nie poruszyło tego tematu… wiesz, jaki ja mam do tego stosunek, ale Veronica… Nie wiem czy ona czegoś oczekuje, a nie chcę wyjść na…
- Zapominalskiego dupka? - Shannon kończy za mnie i przybijamy sobie piątkę. - Wydaje mi się, że skoro naprawdę nic ci nie mówiła, to niczego nie oczekuje, ale mimo wszystko uważam, że powinieneś jej coś dać. Ja bym tak przynajmniej zrobił. Mimo wszystko wiesz, prezenty, walentynki i seks chodzą w parze.
   Przyglądam się bratu i zastanawiam nad jego radą. Do wieczora zostało kilka godzin, a za chwilę ma wpaść Tomo. Zostało więc nie wiele czasu, by wymyślić coś oryginalnego.

***


   Na planie zdjęciowym na niczym nie mogę się skupić, na szczęście Brian trzeźwo myśli i dzięki temu nie mamy dnia w plecy. Kiedy w końcu pada klaps i ostatnie dzisiaj ujęcie, pędzę prosto do domu. Przez ostatnich kilka dni głowiłam się, co mogę podarować Jaredowi na walentynki. Chociaż praktycznie nie rozmawialiśmy na ten temat, chciałam mu ofiarować coś wyjątkowego.. tylko, co? W końcu, po wielu trudach, udało mi się wymyśleć idealną rzecz
   W domu czeka na mnie cały komitet powitalny. Kiedy tylko przechodzę przez próg salonu, od razu wpada na mnie Tomo, grzecznie rzucając: „przepraszam”  i pędzi dalej.
- Zaczekaj! Tomuś, no. Nie bądź taki!
   Nim odwracam głowę, zza ściany wpada na mnie rozpędzony Shannon z nożyczkami w dłoni. Siła tego zderzenia jest tak mocna, że perkusista przytwierdza mnie swoim ciałem do ściany.
 - No siemasz, laska! - rzuca do mnie rozbawiony, po czym prostuje się i po chwili już go nie ma, choć wciąż go słyszę:
 - Nie możesz wciąż uciekać!
   Oszołomiona tym powitaniem stoję w bezruchu. Dopiero, kiedy podchodzi do mnie Jared i podnosi z podłogi moją torebkę, odzyskuje zdolność ruchu.
- Istny dom wariatów - kwituje, wywracając teatralnie oczyma.
- Co–tu–się–dzieje! - zwracam się do Jareda z udawanym przerażeniem i całuję go na powitanie. - Kto dopuścił Shannona do nożyczek?
 - To było…
   Wypowiedź wokalisty przerywa nagły huk. Następnie słychać już tylko gromki śmiech Tomo. Razem z Jaredem z  zainteresowaniem wyglądamy  do holu. Widok, który tam na nas czeka, sprawia, że zaczynamy się bezceremonialnie śmiać.
   Shannon, jak długi, leży na schodach i trzyma kurczowo nogawkę spodni Tomo, który też  leży w dziwnej pozycji tyle, że wyżej.
-  A mówili, że podążanie za marzeniami nie boli…. Au, moje żebra! Widownia, koniec show - rzuca do nas Shannon, po czym powoli zaczyna się podnosić.
- To cud, że się nie spierdoliliście z tych schodów.
Jared kręci głową zdziwiony.
- Żebyś wiedział… Shannon, puszczaj mnie!
Tomo próbuje krzyczeć na perkusistę, który wciąż trzyma jego nogawkę, ale mu nie wychodzi i w efekcie śmieje się. Jared postanawia pomóc im się podnieść.
- I co ja mam z nim zrobić?
    Na dźwięk tego głosu, odruchowo odwracam głowę i gdy widzę przyjaciółkę, prawie piszczę:
 - Vicky!
   Przytulam się do niej mocno, jednak po chwili uświadamiam sobie, że uniemożliwia mi to jej (spory już) brzuszek. Odrywam się wtedy od niej i posyłam wielki uśmiech. Od naszego ostatniego spotkania minął już miesiąc, a mam wrażenie, że rok!
   Wygląda tak radośnie i promiennie, że nie potrafię się powstrzymać i przytulam ją znowu:
- Vicky! Jak dobrze cię widzieć!
- Ciebie też… Brakowało mi ciebie!
Kiedy się tak przytulamy,  dobiega nas głos Shannona, który w następnej chwili przytula nas obie:
- Dlaczego nikt mnie tak nie przytula? Vi? Nicky? - zwraca się do nas z udawanym oburzeniem. - Moje biedne żebra…
- Masz mojego męża, to powinno ci wystarczyć.
- A co, Shann, macie kryzys w związku? - postanawiam się trochę z nim podroczyć i przybijam z Vicky piątkę. -  A może ciche dni?
  Shannon tylko mruży oczy i mruczy pod nosem coś na wzór: bardzo śmieszne. W tym samym czasie dołączają do nas Jared z Tomo i wszyscy stoimy w kółku, co na swój sposób jest zabawne. Nagle ktoś dzwoni do drzwi.
 -  W końcu! -  wyrzuca z ulgą Jared i biegnie, by otworzyć.
 Spoglądam pytająco na Shannona, ale ten tylko przebiegle się uśmiecha i rzuca:
 - It’s time!
  Kiedy spoglądam zaś na Tomo, widzę, że temu nie jest do śmiechu i już wiem, o co chodzi.
- Time to escape**** - dodaje ledwie słyszalnie Chorwat, gdy w korytarzu pojawia się Jared z Emmą i mężczyzną, który jest prawdopodobnie fryzjerem. Chcę przerzucić wzrok z powrotem na gitarzystę, ale go nie ma. Dopiero po sekundzie dociera do mnie, że stoi za Vicky, rozbawioną do granic możliwości.
- Tomo! - woła złowieszczo Shannon, za co dostaje od Emmy z łokcia. Chociaż jedna, która współczuje mężczyźnie.
- Dasz radę, Tomuś. Bądź dzielny - dodaje Vicky, pocierając dłoń męża, która spoczywa na  brzuchu. jej rozbawienie udziela się też mnie i z trudem opanowuję śmiech.
- Czy to jest konieczne? - w tonie Chorwata pobrzmiewa jeszcze nadzieja. Patrząc tak na niego, robi mi się go żal. Tak długo zapuszczał włosy, a teraz Leto karzą mu je obciąć.
   Bracia podchodzą do niego, a Shannon obejmuje go ramieniem i widzę, jak przez twarz przemyka mu głupi uśmiech :
- Twardym trzeba być, nie miętkim! - rzuca i klepie przyjaciela po plecach tak, że słychać aż plaśnięcie.
- Idziemy! Królowa Chorwacji przodem.

***

- Musisz koniecznie do mnie wpaść, gdy będzie Ivana. Za każdym razem jak przyjeżdża, wypytuje mnie o ciebie.

- Naprawdę? Też ją polubiłam. Obiecuję, że znajdę czas i was odwiedzę… A jak się w ogóle czujecie, z maleństwem? Wciąż nie znacie płci dziecka? - zwracam się do Vicky.
- Ciężsi z każdy dniem… - przyjaciółka wskazuje na swój brzuch i zaczynamy się śmiać - A tak to dobrze. Nie i powiem ci, że przez to wyczekujemy tego dziecka jeszcze bardziej.
- Jejku, wciąż nie dowierzam, że będziemy mieć małego „Mofo”! - nie potrafię opanować swojej euforii i znów piszczę, na co Vicky tylko się uśmiecha.
- Przeraża mnie trochę to, że chłopaki zaczynają trasę po Europie i zostanę sama. Oczywiście mogę liczyć na moich rodziców, ale to nie to samo, co Tomo. A ty z Jaredem… Myślałaś o tym?
   Dopiero słowa Bosanko przypominają mi o trasie. Kompletnie nad tym nie myślałam.
- Nie wiem, przecież  nie rzucę wszystkiego, a oni nie będą w niej całe życie… - dociera do mnie, że to oznacza długą rozłąkę. - Vi, na serio nie wiem.
   Przyjaciółka wyczuwa chyba smutek w moim głosie, bo otacza mnie ramieniem i szepcze, że będzie okej. W tej samej chwili do salonu wraca Shannon i bez ceregieli wbija się między nas dwie, po czym otacza nas swoimi ramionami.
- Jak wam, drogie panie, podoba się nasz nowy Tomuś? - zagaduje wesoło i  podbródkiem wskazuje kąt, w którym wysoki mężczyzna strzyże Chorwata. Wokół stołka leżą gęste włosy, a gitarzysta wydaje się wyglądać jeszcze lepiej. Nie mogę ocenić tego dokładnie, bo siedzi do nas bokiem.
- O czym się tu rozmawia, co?
- Shannonku, lepiej powiedz, co CIEBIE do nas sprowadza.
- Patrzcie, co mam.
W następnej chwili perkusista pokazuje nam BlackBerry Jareda, przybierając demoniczny uśmiech.
- Skąd masz dziecko Jareda? - pyta, z udawanym oburzeniem Vi.
- Nie ważne „jak”, ważne „po co”.
- Więc po co? - wtrącam. Przeczuwam, że nie skończy się to najlepiej. Nagle mam pomysł. - Gracie koncert w Polsce?
- Pff, zaczynamy od niego trasę festiwalową po Europie! - odpowiada mi z wyrzutem, że jak mogę tego nie wiedzieć.
- Daj mi ten telefon.
- Ee, nie tak szybko, potem to znów mi się dostanie…
- I tak ci się dostanie! - wtrącam i korzystając z jego rozproszenia, odbieram mu komórkę. - Tweetniemy coś.
   Następnie bez problemu wchodzę na twittera Jareda. Przeglądając go widzę, że wrzucił już zdjęcie Tomo. Co za uzależniony człowiek!

„Kto wybiera się, by zobaczyć nas w Polsce tego lata? Mam chęć na pierogi!”

   Kiedy  tweet jest już wysłany, oddaję telefon Shannonowi.
- CO TY NAPISAŁAŚ? - perkusista próbuje przeczytać te kilka słów, ale nie wychodzi mu.
 - To po polsku. Że Jared ma ochotę na orgię z Polkami.
 - COOOO?! Zwariowałaś!!!
 - Mam to odwołać? - droczę się.
 - Usunąć! ZABIJE NAS!
  Panika Shannona jest tak śmieszna, że razem z Vicky, pokładam się ze śmiechu. Jednak, gdy Shannon ma zamiar usunąć rzeczywiście moją wiadomość, odzywam się:
 - Ej, luz, bo zejdziesz na zawał! Żartowałam! Ża-rto-wa-łam, słyszysz?
Próbuje uspokoić Shannona, jednakże ten mi nie wierzy.
 - Naprawdę nie napisała nic głupiego, tylko tyle, że nie możecie doczekać się koncertu w Polsce.
W  mojej obronie staje Vicky, która przegląda swojego twittera. Dopiero po sekundzie uderza nas sens tych słów. Wymieniam spojrzenia z Shannonem. Oboje jesteśmy chyba w takim samym szoku i odruchowo zwracamy się do niej:
 - Vicky, ZNASZ POLSKI?
   Brunetka patrzy na nas z lekkim zmieszaniem w stylu „nie powiedziałam wam? Musiało mi wylecieć z głowy” i kiedy trafia do niej, komizm tej sytuacji, zaczyna się głośno śmiać.
  - Dobra, Vi, wyszedł ci ten żart! Nie ma, co.
  - Nie wierzysz mi?
   Spoglądam na przyjaciół, Shannon naprawdę myśli, że go wkręcamy.
  - Rozumiem, że opanowanie angielskiego nie jest tak proste, jak się wydaje, ale można nauczyć się jeszcze jakiegoś języka. Mam ci udowodnić?
Vicky przygląda się starszemu Leto i niewinnie się uśmiecha.
- Daj telefon Jareda.
Shannon waha się.
-  I tak masz już przechlapane - dodaje konspiracyjnie Vi tak, by nie usłyszał nas Jerry. Spoglądam na mężczyzn w rogu i widzę, jak na nas zerkają.
 - Zaraz tu podejdzie, czuję to. Patrzą tu. Pośpieszcie się - dodaję.
   Kiedy w końcu BlackBerry ląduje w dłoniach Vicky, oboje z Shannonem z niecierpliwością wyczekujemy, co zrobi brunetka. Zerkam na wyświetlacz telefonu perkusisty i nagle pojawia się jeden nowy tweet. Oczywiście tweet Jareda.

„Tęsknię za pierogami”

   Nie wiem czy to kulminacja wszystkich emocji, czy po prostu tych kilka prostych, polskich słów, ale wybucham niepohamowanym śmiechem. Bawi mnie teraz wszystko, począwszy od tej sytuacji, „kradzieży” telefonu Jareda, poprzez znajomość polskiego przez Vicky, zakłopotaną minę niedowierzającego Shannona, aż po nic nie świadomych mężczyzn w rogu.
 – Ci! - upomina mnie brunetka, sama śmiejąc się przez łzy, ale nie potrafię przestać.
Z trudem podnoszę się z sofy i ocieram wilgotne policzki. Nagle podchodzi do mnie Jared i, łapiąc w pasie, przygląda mi się.
 - Powie mi ktoś, co jej jest i co was tak śmieszy?
   Jego nieświadomość naszego czynu jest tak wspaniale słodka, że nie stać mnie by ją zniszczyć. Wspierając się na ramieniu Jareda, ukrywam roześmianą twarz w klatce mężczyzny. Nie wiem, co się dzieje, gdy nagle słyszę nie tak wesoły już głos Jay’a:
 - Shannon, czy ty trzymasz to, co mi się wydaje?
 Odsuwam się natychmiast od wokalisty, który przybrał ton surowego rodzica. Shannon podnosi się do jego poziomu i wciska mu BlackBerry, dodając z wypisanym na twarzy lękiem:
 - Mnie nie pytaj. Umywam ręce. To one. Ja nic nie wiem. Nic nie widziałem. Nie znam polskiego i idę się napić, a ty możesz iść ze mną - Shannon nas wymija i pociąga za sobą, Tomo, który stanął  właśnie przy Vicky.
Wszyscy jesteśmy przez parę sekund zdezorientowani. Patrzę na Vicky, Vi na Jareda, Leto na Emmę, a ta z kolei na mnie. Sytuacja jak z thrillera wręcz. Ciszę przerywa dopiero nagły śmiech Jareda.
 - Co to było? - Jay zwraca się do nas szeptem, jest rozbawiony. - Shannon wracaj! Zostawić was w trójkę, eh… Ktoś mi powie, co tu pisze?
   W tym momencie Jared spogląda na mnie, ale w jego oczach nie widać złości. Jest… tym Jaredem, którego lubię. Z wielkim dystansem i luzem.

***

   Gdy wieczorem całe towarzystwo zbiera się do domu, jestem już padnięta. Patrząc na Jareda wiem, że on też. Więc kiedy znika w zakamarkach domu, kładę się na sofie i włączam telewizję. Jest przed północą. Potrzebuję chwili relaksu.  Zakładam bluzę Jareda, która zwisa z oparcia i zwijam się w kulkę. Jest mi tak błogo, że prawie zasypiam. Nadejście snu zakłóca mi wokalista, który wyłącza telewizor i kuca przede mną. Jego ogromne, błękitne oczy przyglądają mi się ze skupieniem i uwagą, jakiej dziś w nich nie zauważyłam.
 - Strasznie interesująca jestem, nie? - zwracam się do niego, w między czasie ziewając.
Jednak on nie czuje potrzeby, by przestać mnie obserwować.
- Chyba będę pożyczać tę bluzę od ciebie częściej.
 - Hm, ale nie dziś.
   W końcu się odzywa, a w jego głosie pobrzmiewa nuta tajemniczości. Od razu podnoszę się do pozycji siedzącej, co zostaje skwitowane przez wokalistę uśmiechem. Zaintrygował mnie.
- Nie dziś? - pytam bardziej siebie, niż jego.
- Nie
   Wystarczy to jedno słowo, wypowiedziane przez niego, żebym wiedziała, do czego to wszystko zmierza.
 - To nie jest zwyczajny wieczór, dlatego pomyślałem, że możemy spędzić go inaczej. W tym celu nie możesz mieć na sobie tej bluzy.
 - Hm, chyba już mi się podoba.
   Jared szeroko się uśmiecha i podnosi się.
 - Zaczekaj tu chwilę, dobrze?
   Kiwam posłusznie głową, a on się oddala. Co on wymyślił? A jednak uznajemy walentynki? Nerwowo zmieniam pozycję i zaciskam rękawy czarnej bluzy. Niespodzianki w wykonaniu Jareda zawsze są niesamowite i w środku, podświadomie cała drżę. Gdy  z powrotem wraca, z przedramienia zwisa mu kawałek krwiście czerwonego materiału. Odruchowo podnoszę się z kanapy i podchodzę do niego.
 - Chcę, żebyś to założyła.
Podaje mi materiał i widzę, co to.
   Żadna sukienka, lecz prawdziwa suknia, przywołująca początek dwudziestego wieku. Długa do samej ziemi, z długimi rękawami i mocno wycięty dekoltem. Nawet waży sporo! Gdy obracam ją, dostrzegam że ma gołe plecy. Prosty krój, ale prezentuje się nieziemsko.
 - Jest przepiękna!
   Odbieram od niego suknię i całuję go.
 - Ubierz i wracaj tu szybko. To tylko część niespodzianki.
  Po tych słowach uśmiech na mojej twarzy znów się powiększa.
 - Tylko idź na górę - upomina mnie.
   Nie tracę czasu. Kiedy jestem w sypialni i mam na sobie sukienkę, nie mogę oderwać spojrzenia od lustra. Delikatny materiał lekko opada na ziemię, tworząc z warstw klosz oraz morze aksamitu, rozlane na drewnianej podłodze. Suknia jest wspaniała. Chcąc sprawić Jaredowi przyjemność, zdejmuje bieliznę. W końcu nie wiem, jaki ma dokładnie plan. Moje ciało okrywa teraz  jedynie suknia od niego.
   Gdy wychodzę z sypialni, uderza mnie panujący na korytarzu półmrok i już mam zapalić światło, gdy uświadamiam sobie, że to celowy zabieg. Podnoszę więc rąb sukni i kieruję się za smugą lichego światła na dół. Dom wypełnia zaskakująca cisza, a ja nie mogę dostrzec nigdzie Jareda. Słyszę jedynie odgłos ciągniętej za sobą sukni. Gdy wchodzę do salonu, który oświetlony jest wyłącznie paroma świeczkami stojącymi na pianinie, zauważam, że ze studia wypływa światło.
 - Tutaj jestem. Chodź.
   Kieruje się w stronę jasnej poświaty i, gdy wchodzę do części, która służy za salon, dostrzegam, że drzwi do ogrodu są otwarte, a Jared stoi na zewnątrz. Podchodzę bliżej i przekraczam próg. Brunet kuca koło basenu, a światło księżyca oświetla jego szczupłą sylwetkę.
  - Cześć.
   Rzuca do mnie i prostuje się. Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że to mi się śni. Jared ma na sobie coś, co przypomina frak. Biała koszula najwidoczniej przeszkadzała mu, bo jest  luźno rozpięta i odsłania większą część jego klatki, a nieznośna mucha, zamiast być na szyi, zwisa w dłoni. Jednak elementem, który sprawia, że uśmiecham się jeszcze szerzej są stopy. Jest bosy, tak samo jak ja, a spodnie od fraka ma niechlujnie podwinięte. Mimo tego wszystkiego wygląda… Idealnie. Tak jak on.
 - Cześć.
  Odpowiadam, kiedy już mija pierwszy szok i podchodzę bliżej.
 - Wyglądasz lepiej niż mógłbym sobie kiedykolwiek wymarzyć. Czy zatańczysz ze mną, nim ta noc się skończy?
   Nie jestem w stanie nic powiedzieć, emocje zaciskają mi gardło. Podaję mu dłoń, a on od razu kładzie ją sobie na ramieniu i  porywa drugą, którą zamyka w objęciach swoich palców. Zaczynamy tańczyć i nagle słyszę skrzypce! Nie wiem, jaką robię minę, ale Jared się uśmiecha (i to najpiękniej, jak chyba potrafi) i gdy odwracam głowę dostrzegam, że w rogu ogrodu, tuż przy domu stoi starszy mężczyzna, który gra dla nas. I to jest moment, w którym całkowicie się gubię w tym mężczyźnie. Jak bardzo jeszcze może mnie zadziwić? Nie mam już zielonego pojęcia. Wyciągam dłonie i obejmuję go najczulej jak potrafię.
 - Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
   Trwając przytulona do niego, nie mogę tańczyć, więc to Jared nas kołysze. Biorę głęboki wdech, by się nie rozkleić, ale nie do końca mi się udaje. Wielka łza spływa po moim policzku wprost na ramię wokalisty.
-Chcę tylko byś została ze mną. Byś była tu i nie pozwoliła mi się pogubić. Niczego więcej nie potrzebuje…
 - Nie pozwolę… - jedynie tyle wydobywa się z mojego gardła, a Jared przyciska mnie jeszcze mocniej, jakbym miała uciec.
   Tańczymy tak, bosi na betonowej posadce, a księżyc odbija się w oknach domu. Nie dbamy w tej chwili o nic, dopóki skrzypek wygrywa miłosne melodie, ta chwila trwa. Noc jest zaskakująco ciepła, a miłość, która została dziś wyznana, obietnice, które zostały złożone i dary, które zostały ofiarowane – to wszystko wyczuwa się w powietrzu nocnego Los Angeles. W objęciach Jareda odnajduję spokój, ucieczkę od zmartwień, pożądanie, miłość, wiarę w lepsze jutro oraz siłę, by marzyć.


***



***

Yello!

Przyszła do mnie dziś wena! I tak skończyłam rozdział, który zaczęłam pisać zaraz po majówce. Za dużo się dzieje by mówić. Mam nadzieję, że tak ja wierzę w was, wy wierzycie we mnie i zostaniecie!

Provehito in altum!


*  Myslovitz, Peggy Sue nie wyszła za mąż.
** „Moja kochana wtyczka, krzyżuje moich wrogów” nawiązanie do piosenki Plug In Baby, Muse.
*** „Wychodzę na miasto, mam zamiar upić się na umór” nawiązanie do tekstu piosenki Hurricane Drunk (piosenka znajduje się w odtwarzaczu na stronie)
**** „Czas uciekać” – nawiązanie do utworu 30 Seconds to Mars, Escape.

17 komentarzy:

  1. No nareszcie!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział przepiękny!!!!
    Twoje opowiadanie czyta się jak książkę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć, dziękuje! :)

      Usuń
  3. Zacznę może od tego, że jest to krótszy rozdział co niestety da się zauważyć. Ale! Ale bardzo fajny! :D
    I chyba najbardziej spodobała mi się ta romantyczna scena końcowa, aż byłam w stanie sobie ją wyobrazić.
    Podobało mi się również dlatego, że w końcu, doczekałam się nowego 41 rozdziału! Wciąż zaglądałam czy coś jest i jest! :D .. Chociaż czuję niedosyt, mimo to wierze! WIERZĘ w Ciebie i zaczekam na nowy, mam nadzieję równie magiczny rozdział. :)
    (PS. Wierzę również, że uda się Shannonowi z Katią. xdd)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje :) No jest krótszy, ale tak już wychodzi... Wiem, że ktoś tu już pisał że może ta sielanka się skończy, ale naprawdę nie mam serca ich rozdzielać :( Ale na pewno nie będzie monotematycznie. Ostatnia scena została zainspirowana nagraniem z Rock am Ring gdzie Jared miał na sobie właśnie frak. Nie wiem, co mu odbija, ale wygladał zabawnie i spodobał mi się ten motyw, a potem dopisałam resztę... Jeśli się wam podobało, strasznie mi miło.
      Bardzo postaram się Was nie zawieść (choć obawiam się, że i tak to robię, karząc wam tyle czekać, ale na szczęście już KONIEC SESJI!) i mam nadzieję, że bedzie się tu pojawiać coś częściej.
      XO

      Usuń
    2. Wielkie zmiany na stronie, jestem na TAK! xo

      Usuń
  4. Bardzo, ale to bardzo podoba mi sie ten rozdział. Jestem w nim zakochana *__* . . . ale może od początku. Katia co ta laska odwaliła na koncercie Muse z Shannonem. Nie rozumiem tego. Zachowała się tak dziwnie, że byłam w szoku, ale jak to ja wróżyłam im już szczęśliwą przyszłość :) Steve i tekst "Czy dzieci już skończyły popołudniową zabawę?" genialne. Jared obchodzący Walentynki ♥ Czytałam z niecierpliwością co on wykombinuje i na koniec opadła mi szczęka, musiałam zęby z podłogi zbierać. Zazdroszczę tego jak to wymyśliłaś i gratuluję jednocześnie. No i jeszcze Tomo, Shannon i nożyczki uśmiałam się jak mało kiedy, biedny Tomuś. Akcja z telefonem, Ci ludzie są jak dzieci i nadal jestem w szoku, że Vicky zna polski ;> O żesz rozpisałam się. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie cieszy mnie każde słowo. Ten rozdział miał być troszke inny i barzdiej romantyczny i chyba sie udało... Sprawa z Shannonem, hm.. jest pewien pomysł, zobaczymy jak wyjdzie, a Katia? Wprowadzi trochę zamętu tutaj, nic wiecej nie zdradzę...Tak, w tym opowiadaniu Vicky zna polski! :) W ostatniej chwili wpadło mi to do głowy, i barzdo spodobało :) ( zastanawiałam się też jak Jared tweetował po polsku- kto mu to tłumaczy, bo translator robi za dużo błędów, a on używał polskich znaków! tak więc, pomyślałam że mogę wykorzystać to tutaj )
      XO

      Usuń
  5. Hej.
    na twojego bloga wpadłam przez wypadek ale nie żałuję.
    Chociaż nie byłam fanką to przeczytałam każdy rozdział i bardzo mi się spodobało.
    Dzięki twojemu blogowi polubiłam całe 30 Seconds To Mars oraz ich muzykę.
    Wciągnęłam się i nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału.
    PS> Jeżeli będziesz chciała to wpadnij do mnie na : http://london-poland-love.blogspot.com/ które opowiada o chłopakach z One Direction.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny, Aleks

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Mary,
    jest mi bardzo miło, że nie przestajesz pisać, ponieważ KOCHAM Twoje opowiadanie :)
    Jak napisała jedna z dziewczyn powyżej 'twoje opowiadanie czyta się jak książkę'! Tak, to prawda. W dodatku świetną książkę, która z pewnością znalazłaby się na mojej półce jako jedna z ulubionych. Dlatego, życzę Ci weny, BARDZO DUŻO WENY i... kiedy nowy rozdział? :)
    Pozdrawiam cicho i kłaniam się nisko, Echelon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, tego nigdy za dużo..dziękuje bardzo! Jestem skromną dziewczyną i takie słowa mnie przerastają :3 cieszę się jeżeli moja praca nie idzie na marne i sprawia komuś przyjemność, w dodatku odbierana jest w taki sposób! DZIĘKUJĘ! Jedynie tyle jestem w stanie powiedzieć. Dokładam wszelkich starań by było coraz lepiej i to dzięki wam. I dla was. Teraz współpracuję z betą, która pomaga mi redagować rozdziały i nam nadzieję, że niedługo i ja będę mogła być w pełni dumna z tego opowiadania... Co do nowego rozdziału, bardzo chciałabym go wam oddać jak najszybciej. Jednak to trudne bo od miesiąca nie spędziłam weekendu w domu, ciągle jestem w rozjazdach na festiwalach, a jak juz jestem to kilka dni. Ale poczyniłam postęp! I jeśli się uda w następnym tygodniu powninnam mieć coś dla was ;)
      Dziekuję, że czekacie.
      P.S. I dziękuje Tobie, Guest. Nie wiesz jak poprawiłaś mi dziś humor ;)

      Usuń
  7. Wow. W ciągu tygodnia przebrnęłam przez wszystkie rozdziały i chcę więcej. Można by rzec, że trochę uzależniłam się od twojego dzieła. Twój wkład pracy w to opowiadanie jest niesamowity. Te wszystkie zdjęcia, muzyka, łączenie faktów i ta wycieczka naszych bohaterów. Wow. Wymiatasz dziewczyno.

    OdpowiedzUsuń

Followers

Sztuczna inteligencja:













Treść: Mary. Nagłówek: Alibi, 30 STM. Belka: Wait, 30STM. Adres: parafraza tekstu The Pixies. Obsługiwane przez usługę Blogger.