poniedziałek, 30 września 2013

45. Przypomnij mi swoje imię, przypomnij, bo zgubiłem je *

edit: Akira

Krótkowzroczność (polecam słuchać razem z rozdziałem)

***

Gdy przebrałam się w dżinsy oraz top przyniesione z auta (nic innego nie miałam) i suszyłam włosy, a złość opadła, zaczęłam się zastanawiać.
W całym zajściu dzisiejszego wieczoru najgorsze nie było to, że przez Jareda wpadłam do wody, czy to, że się upił, lecz jego słowa. Stwierdzenie, że koloryzuję w swoich odczuciach, bolało bardziej niż siniak na nadgarstku. Jak mógł tak w ogóle pomyśleć? Wiem, że alkohol powinien to tłumaczyć, ale tak nie było. Czy to znaczy, że myślał tak od samego początku, tylko nie chciał się przyznać? Te słowa, wypowiedziane z wyrzutem, raniły.  Wciąż nie mogłam wyjść ze zdziwienia, jak wiele w nim siedziało. Co spowodowało tak nagłą zmianę w jego zachowaniu? Dlaczego był zwyczajnie niemiły dla mnie? W dodatku przez cały wieczór spędziliśmy ze sobą jedynie kilka chwil. To niepokoiło mnie, jednak swoje wątpliwości mogłam rozwiać dopiero rano, kiedy Jared powróci już do siebie. Nie miałam bowiem ochoty rozmawiać z nim już dzisiaj.

Zmywając resztki makijażu, założyłam wyschnięte już szpilki i postanowiłam wrócić na imprezę. Nie zamierzałam udawać wielce obrażonej, a nie chciało mi się spać. Zgarniając z baru drinka, usiadłam wygodnie przy stoliku w ogrodzie, z dala od bawiących się świetnie ludzi. Bolała mnie głowa, a promieniujący ból zaczynał drażnić. Nie wiem, ile przesiedziałam, obserwując dj-a i tańczących gości, ale w najmniej spodziewanym momencie przysiadł się do mnie Bam Margera.

Siadając bez słowa, jedynie się uśmiechnął i stuknął ze mną szklanką. Przyglądając mu się, niewiele czasu zajęło mi stwierdzenie, że od ostatniego spotkania praktycznie się nie zmienił. Wciąż nosił potargane, dłuższe włosy i kilkudniowy zarost, który dobrze współgrał z tatuażami na jego ciele. Miał na sobie luźne dżinsy, biały T-shirt, adidasy i czarną marynarkę, co poniekąd mnie bawiło. Pamiętałam bowiem dobrze, że Bam nie jest typem mężczyzny lubującym się w garniturach, koszulach czy marynarkach.
- Widziałem scenę przy basenie. Pięknie wpadliście - zwraca się do mnie w końcu, gdy widzi, jak uważnie mu się przyglądam. - Znalazłaś coś ciekawego? - dodaje jeszcze rozbawiony.
- Próbuję ustalić, gdzie podział się ten przebiegły manipulator - odpowiadam ze szczerym uśmiechem.
Nie wspominam ostatniego spotkania z Bamem za dobrze, może dlatego, że wylądowałam w szpitalu na odtruciu alkoholowym.
- Zostawiłem go dziś w domu.
Śmieje się i unosi ręce w geście obronnym.
- Nie zmuszę cię do ponownego spotkania z Knoxvillem, obiecuję - dodaje, kładąc teatralnie rękę na sercu, a ja mu, o dziwo, wierzę.
Johnny Knoxville jest jednym ze znajomych Bama z „Jackassa”, który jest  najbardziej nieobliczalnym człowiekiem, którego poznałam w życiu.
- Chyba nie bawisz się tu najlepiej, co? - zwracam się do niego, gdy dostrzegam, jak wodzi wzrokiem po imprezie.
- Dlaczego? Wręcz odwrotnie. Razem z Timem i tym dj-em, znajomym Shannona, Antoinem? - pyta, chcąc się upewnić, że nie pomylił imienia. Kiwam głową. - No więc razem upiliśmy trochę Jareda. Ja tu się odnajduję.
Śmieje się jeszcze i opróżnia swoją szklankę. Teraz przynajmniej mam jasność, kto stoi za takim stanem Jaya.
Z Bamem rozmawia mi się tak dobrze, że siedzimy razem aż do rana. Dopiero to uświadamia mi, że potrzebowałam takiej zwyczajnej pogawędki o wszystkim i o niczym, z kimś takim jak on. Bam opowiada mi o swoich planach, o tym, co teraz robi i jakie przedsięwzięcia ma na oku. Śmieszy mnie, gdy zaczyna tylko wątek „Jackassa”, ale widzę, że sprawia mu to ogromną frajdę. Mężczyzna mimo wszystkich zarzutów co do niego, jest świetnym kumplem. Rozbawia mnie, a to sprawia, że zapominam o problemach. Ku mojemu zaskoczeniu możemy rozmawiać spokojnie, nikt bowiem nam nie przeszkadza, a w szczególności Jared, którego od akcji przy basenie jeszcze nie widziałam.
Gdy tak siedzimy i rozmawiamy z Margerą, przerzucając wzrokiem po ogrodzie, dostrzegam przy jednym ze stolików Shannona, który siedzi sam jak kołek. Nie mam pojęcia, jak długo to trwa, ale widząc, że ma spuszczoną głowę, zaczynam się martwić. W tym samym momencie dociera do mnie, że impreza opustoszała i zostało jeszcze kilku ludzi, jednak żadna z twarzy nie jest mi znajoma.
- Boże, ale ja się z tobą zasiedziałam. Spójrz, wszyscy się prawie zmyli - zwracam się do znajomego, omiatając ręką wyludniony ogródek. - Czas na mnie. - Dopijam drinka i podnoszę się. - Miło było z tobą pogadać.
- Nie spodziewałem się tego usłyszeć, a zwłaszcza od ciebie - rzuca wesoło Bam. - Polecam się na przyszłość i pamiętaj o mojej propozycji, gdyby kręcenie filmów cię znudziło.
- Będę mieć to na uwadze, chociaż współpraca z tobą źle skończyłaby się dla mojej wątroby, coś tak czuję - dodaję jeszcze i ściskam go na pożegnanie. - Równy z ciebie gościu.
- Zawstydzasz mnie - odpowiada, zgrywając nieśmiałego, czym mnie rozśmiesza. - Pozdrów ode mnie Jareda rano!
- Chcesz się doigrać - dodaję na odchodne, śmiejąc się i mając w głowie obraz skacowanego Jaya, który ma ochotę zabić Bama.
- Zawsze!
To ostatnie, co od niego słyszę. Podchodząc do Shannona, zatrzymuję się za jego plecami. Widząc jak nerwowo obraca szklankę z alkoholem w dłoni, mam wątpliwości, czy nie powinnam zostawić go samego. Jednak coś w środku bierze nade mną górę i sprawia, że siadam naprzeciwko mężczyzny.
Od razu mierzy mnie wzrokiem, który mógłby odstraszyć, ale jestem już do niego przyzwyczajona, chociażby po przejściach w San Francisco.
- Nieładnie tak pić samemu - zaczynam rozmowę i nie czekając na pozwolenie, chwytam szklankę z ciemną cieczą stojącą przy Shannonie. Upijam łyk i momentalnie się krzywię.
- Fuj, koniak. Jak ty możesz to pić?! - rzucam, wycierając usta i odstawiam szklankę z alkoholem z powrotem na stół, podsuwając ją bliżej przyjaciela. W tym samym momencie mam wrażenie, że przez ułamek sekundy Shannon krzywo się uśmiechnął.
- Jesteś za młoda, by to zrozumieć - stwierdza obojętnie, upijając kolejny łyk. Jego stan wskazuje na to, że „jest mu już dobrze”.
A więc gramy nie fair, myślę sobie i mam ochotę powiedzieć mu coś o wieku, ale z racji, że wygląda jak zbity pies - nie mam serca być dla niego okrutna, nie potrafię po prostu. Przygląda się swoim dłoniom, a ja odzywam się, jakże twórczo:
- Aha, okej.
- Zawaliłem, Veronica - odzywa się zaraz po mnie, lekceważąc zupełnie moją odzywkę.
Gdy podnosi głowę, widzę, że w brązowych oczach tonie wielki smutek, co sprawia, że drobna złość przechodzi, a zastępuje ją troska. Tak rzadko widzę go zmartwionego i wiem, że to nie błahostka.
 - Z czym zawaliłeś? Zaczynam się martwić, mów.
Mężczyzna jednak nie bardzo przejmuje się ponagleniem, bo jedynie przygląda mi się, jakby chciał, bym wyczytała wszystko z jego oczu, a tego nie potrafię. Opornie szło mi z jego bratem, a co dopiero z nim.
- Nie jestem jasnowidzem, Shanny - wtrącam i gdy on chce chwycić za szklankę, łapię jego dłoń. - Musisz mi powiedzieć.
- Powiedziałem do Katii „Elizabeth” - odzywa się, zbliżając do mnie.
- Słucham?!
Wpatrujemy się w siebie, a nasze twarze dzieli kilkanaście centymetrów. Shannon zaskoczył mnie na tyle, że nie jestem w stanie przez chwilę nic powiedzieć.
- Zawaliłem, rozumiesz? Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego, ale rozmyślałem o niej i wtedy, jak w jakimś filmie, zjawiła się Katia. Zaczęła mnie całować, zaskoczyła mnie, a jestem pijany i… Nieświadomie nazwałem ją Elizabeth.
Shannon skończył mówić i przetarł dłońmi bezradnie twarz, ukrywając ją w nich.
- Nie chciałem tego, samo tak wyszło. Nie dała sobie nic powiedzieć. Wyszedłem na dupka i teraz to już koniec - dodaje, po czym odsłania twarz i widzę na niej uczciwość. Nie kłamie. W dodatku cierpi.
- Wierzę ci, że nie chciałeś jej tak nazwać - odzywam się, gdy głos mi wraca. Próbuję go pocieszyć, ale jestem w tym beznadziejna.
- Shannon… - chcę dodać coś jeszcze, ale właściwie nie mam pojęcia co.
- Katia i tak uważa, że jest dla mnie zabawką na pocieszenie po Lanie, a tak nigdy nie było. To dzisiaj utwierdziło ją w tym przekonaniu. Veronica, wiesz dobrze o tym, tak samo jak ja. To skończone - odzywa się, a jego wielkie czekoladowe oczy szklą się.
Shannon ma łzy w oczach i to nie złudzenie. Cholera! Ten fakt sprawia, że coś w sercu ściska mnie mocno. Jest dla mnie nie tylko przyjacielem, bratem Jareda, ale też kimś bardzo cennym, bo rozumie mnie, wspiera i martwi się zawsze, gdy coś się dzieje. Mogę powiedzieć mu wszystko, bez obawy, jaka nawiedza mnie czasem w rozmowie z Jaredem, choć to go właśnie kocham. Nigdy mi nie powiedział: nie mam czasu. Bez wątpienia jest bratnią duszą, kimś kogo obecność wystarczy bym się uśmiechnęła.  Nie wiem, co takiego ma w sobie, ale traktuję go wyjątkowo, bo taki też jest, a jego cierpienie czy smutek z czasem zaczęły sprawiać ból i mnie. Teraz to dostrzegam i wyraźnie czuję.
- Nie, Shannon. Ona nie jest taka, pogadam z nią - odzywam się w końcu.
- Nie, zostaw tę sprawę - odpowiada mi Shannon, tonem tak chłodnym, że po chwili dodaje, już cieplej:
- Naprawdę masz swoje problemy. Nie trać czasu na mnie i Katię, bo nie wydaję mi się, że uda ci się ją przekonać. Zraniłem ją.
- Zależy mi na tobie, idioto! Jak możesz mówić, że to strata czasu?! - odpowiadam oburzona. Drugi Leto, który lekceważy moje uczucia? Nie. Temu nie odpuszczę.
- Nie wkurzaj mnie nawet. Oczywiście najpierw to ty z nią porozmawiasz. Nie, nie odbiorę ci tej przyjemności - dodaję z ironią, ale Shannon się nie uśmiecha. Przygląda mi się jedynie i dopija drinka.
- A teraz wstawaj, goście wychodzą. Trzeba ich pożegnać, gospodarzu - dodaję, gdy dostrzegam, że ostatnia grupa zbiera się do wyjścia i podchodzę do Shannona, klepiąc go po ramieniu.
Dokładnie o czwartej trzydzieści udaje się nam z Shannonem pożegnać ostatnich ludzi. Do wyjścia zbiera się też dj, po którego przyjechało dwóch znajomych, którzy w czasie, gdy my rozmawialiśmy z mężczyzną, zapakowali do auta sprzęt.  Dom opustoszał, poza paroma osobami z cateringu, po podłodze walają się serpentyny, a gdzie nie sięgnąć wzrokiem, porozstawiane są szklanki i butelki. Podsumowując, jest co sprzątać.
Gdy opadamy na sofę, przypominam sobie o Jaredzie, którego nie widziałam i zwracam się do Shannona:
- Co zrobiłeś z Jaredem?
Przygląda mi się jakby to było oczywiste i dodaje:
- Jak to co? Wychylił sobie jeszcze dwie setki, po tym jak poszłaś i zapakowałem go na siłę do łóżka. Uwierz mi, upity Jared nie nadaje się do czegokolwiek. Jest w pokoju na górze.
- Dziękuję - odpowiadam i odruchowo przytulam się do jego ramienia.
- Nie masz za co, to mój brat i jego dupsko to też moja sprawa - rzuca Shannon radośniejszym tonem, ale zmęczonym.
- Padasz na twarz, idź się połóż. Ja poczekam aż catering się zawinie do domu. Nie chce mi się jeszcze spać, w odróżnieniu od ciebie.
- Na pewno?
Shannon chyba czekał na te słowa, bo w jego głosie wyczuwam pewnego rodzaju ulgę. Kiwam głową, a on niespodziewanie całuje mnie w policzek.
- Jesteś niesamowita i przepraszam. Ja też się martwię o ciebie - dodaje jeszcze, po czym znika mi z oczu, zostawiając mnie z uśmiechem na twarzy.
Jego ‘przepraszam’ rozgrzewa moje serce i sprawia, że choćbym chciała, nie potrafię być na niego zła i mogę siedzieć tu chociażby do południa.
W czasie gdy ludzie z cateringu sprzątają, robię sobie herbatę i włączam telewizor. Leci akurat jakiś program dokumentalny o ludziach na krańcu świata i to zajmuje mi skutecznie czas, bowiem nim się orientuję, kobieta z obsługi informuje mnie, że skończyli. Zerkam na kuchenny zegar - piąta trzydzieści. Nie wiem, czy jest sens się kłaść, ale oczy już kleją mi się same, więc wyłączam światło i idę na górę.
Wchodzę po cichu do sypialni i na szczęście nie muszę zapalać światła, bo brak rolet w oknie sprawia, że nikłe światło budzącego się dnia, rozświetla mi pomieszczenie.  Mimo wszystko nie chcę obudzić Jareda. Podchodzę bliżej łóżka i przyglądam się jak śpi. Mogę to robić, bo wielkie, niebieskie oczy szczelnie skryte są pod powiekami. Lewą rękę ma podłożoną pod głowę, którą co jakiś moment lekko porusza, jakby męczył go niespokojny sen. Śpi bez koszulki, a blada klatka rytmicznie się porusza, przy każdym oddechu. Długie włosy opadają mu niesfornie na policzek i kusi mnie by je poprawić, jednak ostatecznie się powstrzymuję. Gdy śpi, wydaje się być oazą spokoju, niewinności i pogody ducha.
Kąpiel brałam kilka godzin temu, więc tylko się rozbieram i zostając w topie i majtkach, kładę się obok Jareda, na swojej połówce łóżka. Nie mija  minuta, gdy przewracam się na bok. Za dużo myśli z dzisiejszego dnia kłębi się w mojej głowie, nie dając mi spokoju, choć staram się je wyprzeć. Znów zmieniam pozycję, tym samym wątpiąc, że szybko zasnę. Gdy przewracam  się o sto osiemdziesiąt stopni, słyszę jak Jared coś mamroczę i chyba się budzi. Momentalnie sztywnieję i odruchowo udaję, że śpię.
Po chwili słyszę jak łóżko lekko skrzypi i domyślam się, że Jared wstał. Dobiega mnie odgłos jego bosych stóp na drewnianej podłodze i dźwięk otwieranych drzwi. W następnej chwili słyszę już tylko jak mężczyzna wymiotuje i to sprawia, że natychmiast się obracam. Widzę jego sylwetkę w drzwiach łazienki i nie potrafię leżeć obojętnie. Wychodzę z łóżka i biegnę do niego. Gdy stoję już obok Jareda, kładę dłoń na jego gołych plecach i delikatnie po nich przejeżdżam, jednak widząc, że to jeszcze nie koniec, szybko odgarniam przeszkadzające i wpadające mu na twarz pasma długich włosów.
Dopadają mnie wątpliwości, czy powinna tu być, w końcu żaden mężczyzna nie lubi być oglądany przez kobietę w chwili słabości. W tym samym momencie czuję jednak, jak ręka Jared zaciska się na mojej nodze i to utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu.
- Jestem przy tobie - szepczę bardziej do siebie niż jego.

***

Gdy budzę się przed południem, fizycznie czuję się znacznie lepiej niż jeszcze kilka godzin temu. Musiałem zjeść coś, co stanęło mi na żołądku i zaprawiłem to w dodatku alkoholem. Na szczęście zwróciłem wszystko nad ranem i mogłem spokojnie spać. Jednak psychicznie wciąż jest kiepsko. Czuję się przytłoczony z każdej strony. Tkwię jakby w bagnie, które mnie pochłania.
Przecieram oczy i widzę przed nimi scenę z łazienki. To przypomina mi jak bardzo ta dziewczyna mnie kocha, o czym zdążyłem zapomnieć pod wpływem alkoholu. Zdenerwowałem ją i zraniłem jej uczucia szczeniackimi słowami, których teraz żałuję. Dlatego nie piję alkoholu - jestem po nim chamem, nie artystą.
Podnosząc się z pustego łóżka, zakładam szybko ubranie i schodzę na dół, gdzie czeka na mnie już Shannon z Veronicą. Wchodzę do salonu i zauważam ich siedzących na sofie, z pozostałościami jedzenia z imprezy na stole. Oglądają z zainteresowaniem telewizję, podchodzę bliżej.
- To już potwierdzone, Columbia Picture ma poważne problemy finansowe, które nie są tak przejściowe, jak zapewniał rzecznik wytwórni. Wypowiedzenie umów spowodowało falę pozwów na przedsiębiorstwo, które znalazło się poważnie pod kreską. Jak udało się nam ustalić, źródłem problemów wytwórni jest nowy właściciel, który otrzymał kierownictwo w wyniku przetargu. Nowa polityka wytwórni, opierająca się na radykalnych cięciach budżetowych i inwestycjach w wielkie produkcje nie przyniosła zamierzonego zysku. Informacja o sprzedaży zadłużonej wytwórni jest więc jedynie kwestią czasu, zanim firma nie ogłosi upadłości. Przypominamy, że Columbia Picture jest jednym z najbardziej wpływowych potentatów filmowych na rynku, mającym udziały w największych światowych wytwórniach. Jej problemy nie odbiją się bez echa na przemyśle filmowym.
Dziennikarz skończył mówić i nim pojawił się kolejny news w serwisie informacyjnym, Shannon zdążył zmienić program.
- Co o tym myślisz? - zwróciła się nagle do mnie Veronica, z nutą niepokoju w głosie.
- Nie wygląda to za dobrze dla Columbii. Zostali zmuszeni do odmówienia dystrybucji wielu filmów i wstrzymania wypłat dla producentów. Nie siedzę w tym przemyśle na tyle, by dokładnie określić skutki, ale…
- Emerson ma kontrakt z Columbią Picture, sprawdziłam to - przerywa mi Veronica, tym samym wiem już, do czego zmierza. - Na razie nie wiem nic więcej, ale jeśli wypowiedzieli z nim umowę, to może oznaczać kłopoty też dla mnie. Nie wiem, czy powinnam się obawiać.
- Ale rozmawiałaś z nim o tym? - pytam i próbuję ustalić fakty.
- Nie, ta sprawa wyszła na dniach.
- Więc nic nie wiesz nic na pewno. Nie masz się więc czym zamartwiać, póki co - odpowiadam i siadam w fotelu. Dopiero teraz zaczynam odczuwać skutki wczorajszego przepicia. Widzę, że kobieta sama nie wie, co o tym  sądzić.
- Halo! - odzywa się nagle Shannon. - Czy możemy zjeść śniadanie w miłej atmosferze, a nie posępnej?

Spoglądamy z Veronicą po sobie.
- Już nic nie mówię - odzywa się do Shannona dziewczyna, uśmiechając krzywo.
- Dziękuję, a teraz smacznego - odpowiada jeszcze mój brat i zabieramy się za śniadanie.
- Ja raczej podziękuję, nie jestem głodny - wtrącam, gdy przebiegam wzrokiem po wczorajszych pozostałościach. Nie jestem pewny, co ze stołu mi zaszkodziło, więc nie chcę już ryzykować.
Widzę, jak Shannonowi ciśnie się na usta jakiś komentarz, ale w ostateczności się powstrzymuje i jedynie głupkowato uśmiecha.
- Masz - odzywa się do mnie Veronica podając szklankę z sokiem. Nie mam pojęcia, skąd go wynalazła. - Świeżo wyciśnięty - dodaje jeszcze i lekko uśmiecha, gdy odbieram od niej napój.
- Dziękuję.
Jedynie na tyle mnie stać. Wiem, że to, co wydarzyło się dziś, nie zwolni mnie z rozmowy z nią. Rano, gdy mi się polepszyło, położyliśmy się z powrotem spać, nie poruszając tematu kłótni. Przytulając się do niej, przypomniałem sobie, jak bardzo ważny jestem dla niej, jak mocno ja ją kocham i jak nie widzę się bez niej. Dopóki będzie mnie kochać, ja będę o nią walczył.
Nagle też spoglądając na mojego brata, przypominam sobie jego wczorajsze słowa. Annabelle - muszę z nią wszystko wyjaśnić raz na zawsze. W tej samej chwili czuję złość na Shannona. Chciał to przede mną zataić, dla „mojego dobra” i zmusić Annabelle do przyznania się, a to tylko kolejne zapętlenia sytuacji. Nie, załatwię to jak najszybciej. Sam.


Na rozmowę z Veronicą zbieram się dopiero wieczorem. Całą niedzielę spędziliśmy jeszcze u Shannona, więc gdy wychodzę spod prysznica i widzę, jak siedzi na łóżku w sypialni i rozczesuje opadające na piersi włosy, postanawiam wykorzystać moment. Siadam przy niej.
- Rozczeszesz moje też? - zwracam się do niej.
Veronica przez parę sekund przygląda mi się z zastanowieniem, jakby analizując moje intencje. W końcu się odzywa:
- Odwróć się.
Wykonuję polecenie, obracając się do niej plecami.  Kobieta w tym czasie klęka na łóżku i chwyta moje włosy, zabierając się za ich czesanie.
- Masz takie zdrowe i mocne włosy, a przecież jesteś mężczyzną i robiłeś z nimi już tyle rzeczy. Mogłyby bez problemu należeć do kobiety. To cholernie niesprawiedliwe - odzywa się, próbując być obojętna, ale w ostatnich słowach wyraźnie pobrzmiewa lekkie oburzenie i zazdrość. To sprawia, że zaczynam się śmiać.
- Mogę je oddać, jeśli to tylko pomogłoby komuś - odpowiadam i teraz to ona się podśmiewa, dodając:
- W to akurat ciężko mi uwierzyć.
- A wierzysz, że cię kocham?
Zaskakuję ją tym pytaniem, bo natychmiast milknie, a atmosfera żartów znika. Odchylam głowę do tyłu, by zobaczyć jej twarz i dodaję jeszcze:
- Przepraszam, że ci zwymyślałem i w dodatku uraziłem twoje uczucia. Przez alkohol dałem się ponieść emocjom czego bardzo żałuję, bo niczym nie zasłużyłaś na słowa, które skierowałem pod twoim adresem. W dodatku udowodniłaś mi po raz kolejny, jak wielki skarb posiadam, mając cię u swojego boku.
Kończę mówić i przyglądam się jej rozbieganym tęczówkom. Kiedy łapię ją za rękę z grzebieniem, spogląda na mnie i odzywa się:
- Przeprosiny przyjęte, ale powinieneś wiedzieć, że bardzo mnie to zasmuciło. Czasem po prostu ugryź się w język, zamiast potem przepraszać - odpowiada i wyrywa mi rękę. - A teraz odwróć się, chcę skończyć cię rozczesywać - beszta mnie.
- Postaram się o tym pamiętać - odpowiadam z powagą, wracając do poprzedniej pozycji.
Po chwili Veronica kończy z moimi włosami, podaję jej gumkę, a ona wiąże je w kucyka.
- Gotowe.
- Dziękuję - odzywam się.
Atmosfera między nami jest jednak zbyt sztywna. Mam wrażenie, że Veronikę mimo wszystko coś trapi. Kiedy odkłada grzebień na szafkę, wykorzystuję sytuację i siadam bliżej kobiety, obejmując ją w pasie. Zaczynam całować ją po szyi i wsuwam dłonie pod jej koszulkę.
- Wszystko w porządku? - pytam, w przerwie między składanymi na jej skórze pocałunkami.
- Boli mnie głowa, jestem zmęczona i jutro rano wstaję do pracy. Chcę się położyć.
- Mam na to antidotum. Pozwól mi się sobą zająć - szepczę jej do ucha. Tak bardzo jej w tej chwili potrzebuję, by odzyskać spokój i przeświadczenie, że wszystko między nami jest na właściwym miejscu. Veronica jednak się odsuwa.
- Jared, mam okres. Przestań.
Mówi to takim tonem, że mam wrażenie, że się ze mną droczy i chce, bym nie przestawał.
- Nie przeszkadza mi to - stwierdzam obojętnie, przysuwając się z powrotem bliżej niej i próbując przewrócić ją na bok.
- Ale mnie to przeszkadza! - odpowiada mi podniesionym tonem i odwraca twarz w moją stronę. - Przed chwilą zapewniałeś, jak to liczysz się z moim uczuciami, a teraz robisz coś, co temu przeczy. - Jej oczy przepełnione są zmieszaniem i wyrzutem, co sprawia, że prostuję się i puszczam ją. - Dlaczego dla ciebie każda nasza kłótnia musi kończyć się w łóżku? To twój sposób na budowanie związku? To nie jest normalne. Wiesz, co jest normalne? Dostać kwiaty na przeprosiny, a nie seks. Naprawdę nie widzisz tego? - kończy mówić i łapie mnie z przejęciem za rękę. - Odpowiedz mi - dodaje z prośbą w głosie.

Mierząc się z nią spojrzeniem, mimo tego wybuchu, nie dostrzegam w jej oczach złości, a jedynie zmęczenie wymieszane z lekkim zawodem czy znudzeniem. To sprawia, że pewność, jaką miałem jeszcze rano, znika, zastąpiona przez obawy.  Teraz już wiem, że coś pomiędzy nami zaczyna się rozrywać, a tego obawiam się najbardziej
- Kochając się z tobą, mam po prostu pewność, że wciąż kochasz mnie tak samo mocno, że nic się między nami nie zepsuło, że nadal jesteś moja. Mówisz, że to nienormalne, ale taki właśnie jestem. Tak cię to dziwi? To cała prawda - odpowiadam ze spokojem, rozkładając bezradnie ręce.
Nagle Veronica podnosi się i przytula, przewracają mnie na plecy, co zupełnie mnie zaskakuje. Bez zastanowienie obejmuję ją równie mocno, jak ona mnie. Leżymy tak przez dłuższy czas, nic nie mówiąc i głaszczę ją po głowie.
- Idę na dół po wodę, przynieść ci tę tabletkę na ból głowy? - zwracam się do Veroniki, gdy puszcza mnie i kładzie się do łóżka.
- Tak.

***

Spędzając całą niedzielę na kłębiących się w mojej głowie rozważaniach na temat tego, czego właściwie chcę od życia, doszedłem do wniosku, że wiąże się to z Katią. Blondynka zaintrygowała mnie na tyle, że nie mogłem wyzbyć się wspomnień o niej. Miała w sobie coś, co nie pozwalało mi o niej zapomnieć nawet, kiedy tego chciałem. Wiem jedno, jeśli nie dam sobie szansy, nie spróbuję - będę tego kiedyś żałować. Z tą myślą wyszedłem nazajutrz z domu.
Po drodze do Katii zatrzymałem się w kwiaciarni. Jeśli chciałem sprawić, że w jakimkolwiek stopniu uwierzy w moje intencje, musiałem się postarać. Nie mogłem jednak dać jej bukietu róż i powiedzieć: przepraszam. To byłby tylko pusty gest, niczym niewyróżniający się. Oglądając wnętrze kwiaciarni wypełnione po brzegi najróżnorodniejszymi kwiatami, z najdalszych kresów świata, miałem trudny wybór.
- Mogę jakoś panu pomóc?
- Chyba się już zdecydowałem - odpowiadam na pytanie kwiaciarki, która pojawia się obok mnie w momencie, gdy dostrzegam to, czego szukam.
Po upływie pół godziny docieram na miejsce, które podała mi Katia jako swój nowy adres. Jest to mieszkanie w starej kamienicy, które, o dziwo, pasuje mi do niej idealnie. Wchodzę bez problemu, dzięki pani z pieskiem, która właśnie wychodzi. Dopiero stojąc pod drzwiami z numerem dziewięć, zaczynam mieć obawy, że zostanę wyrzucony stąd szybciej niż się pojawiłem. Na szczęście nie ma wizjera, więc jeszcze mam nadzieję.
Raz się żyje, co mi tam, myślę i naciskam dzwonek do drzwi.
Gdy po kilkudziesięciu sekundach drzwi się otwierają, staję twarzą w twarz z lekko zaskoczoną Katią. Wyraźnie się mnie nie spodziewała. Zanim zdąża zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, odzywam się:
- Jestem ostatnią osobą, którą chcesz teraz widzieć, ale daj mi pięć minut. Potem będziesz mogła kopnąć mnie jeszcze na odchodne, obiecuję.
To sprawia, że choć patrzy wzrokiem, który mógłby zabić, wpuszcza mnie do środka. Zamykając drzwi, odzywa się:
- Pięć minut i ani sekundy dłużej. Słucham.
Opierając się o drzwi, zakłada ręce na piersi i przygląda mi się oczekująco.
- Masz prawo być na mnie wściekła i nie chcieć mieć ze mną nic do czynienia już, rozumiem to, ale powinnaś też coś wiedzieć. Nazwałem cię tak zupełnie nieświadomie, zaskoczyłaś mnie, bo podeszłaś w najmniej oczekiwanym momencie i w dodatku pocałowałaś.
- Czyli teraz to moja wina?! - wtrąca zdenerwowana Katia.
- Nie! Daj mi powiedzieć - odpowiadam, podchodząc bliżej niej. - Mocno przeżyłem tą całą sprawę z Laną, bo kochałem ją, tak mi się wtedy wydawało. Teraz wiem, że po prostu dałem się uwieść. Zagrała mi na uczuciach i to nie było fair. Na przyjęciu byłem już napity i to, co powiedziałem nie było zamierzone, uwierz mi.
- Nie tłumacz się alkoholem! Skoro powiedziałeś do mnie Elizabeth, to znaczy, że o niej myślałeś, że może chciałeś by to ona była na moim miejscu wtedy - odpowiada beznamiętnie Katia, stając naprzeciwko mnie.
- Nie, nie masz pojęcia jak ucieszył mnie fakt, że to właśnie TY tam byłaś, a nie ona. Za późno dotarło do mnie, że wcześniej dokonałem złego wyboru.
- Masz rację, za późno. Pięć minut dobiegło końca - stwierdza chłodno i chce się odwrócić, ale chwytam ją za rękę.
- Czy dla ciebie ludzie naprawdę nie mogą się mylić? - dodaję.
- Nic nie rozumiesz. Nie chcę pakować się w coś, co nie ma przyszłości. Nie będę tą drugą ani kolejną. Obiecałeś dać mi spokój, jeśli cię wysłucham, więc daj. Wyjdź, bo się pakuję - rzuca do mnie nerwowo.
- Nigdy nią dla mnie nie byłaś. Nigdy nie byłaś zabawką. Szkoda, że nie chcesz przyjąć tego do wiadomości.
- Nie, nie. Shannon, sam najpierw zastanów się, czego tak właściwie chcesz, co? A na razie idź stąd - odpowiada mi i otwiera drzwi.
Nagle przypomina mi się, że mam coś dla niej, jednak moja radość i nadzieja znikają. Wyciągając za pleców niewielką doniczkę z meksykańskim kaktusem, zwracam się do niej:
- Przyniosłem to na przeprosiny. Pomyślałem, że on najlepiej będzie pasował do ciebie, bo jest tak samo niedostępny, twardy, niezniszczalny, surowy i rani, gdy chce się do niego zbliżyć. Kto wie, może się nawet zakumplujecie? A jeśli nie, zawsze możesz nazwać go Shannon i wystawić za drzwi. - Wciskam jej doniczkę w dłonie, czym ją zaskakuję i wychodzę. Podniosła mi ciśnienie, ale staram się panować nad sobą. - Będzie mi niezmiernie miło - dodaję jeszcze z ironią i znikam jej z widoku.
Wsiadając do auta powoli i głęboko oddycham, by się uspokoić i powtarzam sobie w duchu: „cierpliwości, cierpliwości, Shannon, tak jak do Jareda, tak jak do niego, spokojnie”.
Po upływie kilku minut przypominam sobie niespodziewanie o czymś i wyciągam telefon. Odnajdując w książce numer, mam nadzieję, że kobieta go nie zmieniła.
- Halo? - odbiera po kilku sygnałach.
- Cześć, Annabelle.
- Hej, Shannon. Co się stało, że do mnie dzwonisz?
- Hm, muszę… się czegoś dowiedzieć, ale to nie jest na telefon. Możemy się jakoś spotkać? - odpowiadam, próbując być obojętny.
- Nie bardzo. Nie ma mnie w mieście,  wrócę za kilkanaście dni dopiero.
- Hm, to niedobrze - odpowiadam rozczarowany, bowiem Annabelle pokrzyżowała mi plany.
- Co się dzieje?  Kombinujesz coś z Jaredem? - pyta się nagle rozbawiona. Zaskakuje mnie.
- Ja? Dlaczego tak myślisz?
- Gdyby nie to, że dzwonił do mnie dziś rano z identycznym pytaniem, pomyślałabym, że to zbieg okoliczności. Więc co jest grane?
Cholera! Przez moment wydaje mi się, że to rzeczywiście jakiś głupi przypadek, ale po chwili zaczynam się zastanawiać, czy Jared nie podsłuchał przypadkiem mojej rozmowy z Katią i nie dzwonił do Annabelle w tej samej sprawie. Muszę jakoś z tego wybrnąć.
Zaczynam się sztucznie śmiać.
- Braterska telepatia. Hm, po prostu chciałem poradzić się w kwestii… aktorstwa, ale chyba sobie jakoś poradzę. Coś wymyślę - dodaję spontanicznie, liczę, że to przekona Annabelle do zakończenia śledztwa.
- Hm - pomrukuje, ale w końcu dodaje:
- Okej. No to cześć, chyba, że chcesz coś jeszcze?
- Nie, nie. Pa - rzucam i oddycham z ulgą.
Cholera.


***

Czas od przyjęcia urodzinowego Shannona mija mi strasznie szybko, a to za sprawą pracy na planie, która pochłania mnie totalnie. Za trochę ponad tydzień kończymy kręcenie zdjęć, więc z upływem dni wszystko się kumuluje i nakłada, zajmując mi skutecznie wolny czas. Śpię dosłownie po kilka godzin na dobę, ale z upływem kolejnych dni tygodnia, przyzwyczajam się do tego. Może zaczynam wyglądać jak zombie, z czego śmieje się Jared, ale widujemy się praktycznie wieczorami, więc puszczam tę jego uwagę mimo uszu. Może i martwi się o mnie, ale dobrze wie, że praca reżysera wiąże się z takim poświęceniem i czasem po prostu trzeba wstać wcześniej dla lepszego efektu końcowego. Poza tym nie pojawia się więcej żadna informacja o problemach Columbii Picture i zaczynam wierzyć, że przeczucie mnie jednak myliło.
Gdy wracam w czwartek do domu, jest przed północą i marzę już tylko łóżku. Po drodze na górę mijam się z Shaylą i Emmą, które pracują nad czymś w pracowni komputerowej The Lab. Zdążyłam przyzwyczaić  się do tego widoku, więc tylko im macham.
- Hej. Widzę, że ciężki dzień na planie? - zagaduje mnie Shayla, odrywając się na chwilę od komputera.
- Żeby tylko jeden - żartuję i zatrzymuję się na chwilę w drzwiach. - Nad czym pracujecie o tej porze?
- Sprawy organizacyjne The Hive, jutro mamy spotkanie zarządu. Takie tam - rzuca mi Emma i lekko się uśmiecha.
- Jared musi dać wam podwyżkę - żartuję, zbierając się do odejścia. - Mówię poważnie! - wtrącam jeszcze głośniej za ściany, słysząc ich śmiech.
Wchodzę do sypialni i zaczynam rozbierać się, gdy dostaję wiadomość od Jareda: „Nie mogę się ruszyć ze studia, bo Jamie mnie zaraz zabije. Chcę cię zobaczyć, zanim się położysz. Tęskniłem”. Te kilka słów sprawia, że choć mam ochotę paść trupem na łóżko, to schodzę do studia nagraniowego.
- Cześć, Jamie - rzucam wesoło do mężczyzny siedzącego za biurkiem w fotelu i podchodzę do Jareda, obejmując go za szyję.
- Hej - odpowiada i przygląda mi się uważnie, po czym zsuwa z nosa okulary i dodaje z ironią:
- Wyglądasz kwitnąco, mówił ci to ktoś już?
- Powtarzam jej to od kilku dni - odzywa się w ten sam sposób Jared i sadza mnie sobie na kolanach, czym sprawia, że  lekko  się peszę. Nie jesteśmy sami i jego zachowanie mnie szokuje, jednak on się tym wcale nie przejmuje.
- Wiem, praca mi służy - odpowiadam po chwili Jamiemu i uśmiecham się do niego, próbując ukryć speszenie. Mężczyzna jednak zakłada z powrotem okulary i szybko wraca do pracy, całkowicie nas ignorując. W następnej chwili zaczyna mówić coś do Jareda o natężeniu dźwięków i akordach w jednej z piosenek, a ja się wyłączam.
Wtulając się w bok Jareda, po prostu sobie siedzę na jego kolanach. Natychmiast też przymykam oczy i zapominam o całym świecie oraz całodniowym zmęczeniu. Ręka Jareda głaszcze mnie po plecach i to sprawia, że czuję się bezpieczna oraz kochana. Zapominam o wszystkich naszych sprzeczkach i kłopotach. Wdycham zapach mężczyzny, pocierając nosem o jego czarną, prześwitującą bluzkę i upijam się jego specyficzną wonią, która tak na mnie działa. Hugo Boss wymieszany ze zmęczeniem, wysiłkiem, pracą, poświęceniem, pasją i moim Jayem, tworzy niebezpiecznie uzależniającą mieszankę.
- Zaśniesz mi tu za chwilę - szepcze mi do ucha Jared, po upływie nie wiem ilu minut. - Skarbie, idź się połóż.
- Zaraz - mruczę po cichu, nie chcąc się od niego odklejać. Teraz kiedy jest mi tak dobrze. Za dobrze.
Nagle zaczyna dzwonić mój telefon i nie mam już wyboru, podnoszę się.
- Halo? - odbieram po dwóch sygnałach, wychodząc ze studia.
- Hej, tu Anna z biura Emersona. Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale dopiero dostałam widomość. Mam powiadomić cię o spotkaniu z nim, jutro o dwunastej w jego gabinecie. To pilne. Prosi, byś się nie spóźniła.
- Hm, ale o co chodzi? - próbuję dowiedzieć się czegoś więcej, choć urzędowy ton Anny wskazuje, że nie będzie łatwo.
- Ja tylko przekazuję informację. Veronica, nie mam pojęcia, ale nieciekawie jest tu ostatnio
- Chodzi o kłopoty Columbii?
- Najwyraźniej.
- Ale jutro jest piątek, mamy masę roboty na planie, jak ja się wyrwę? - pytam się bardziej siebie niż Annę.
- Musisz jakoś.
- Okej - przytakuję w końcu.
- Pamiętaj, nie spóźnij się. Pa.
- Cześć - żegnam się i rozłączam.
Teraz już nie mam wątpliwości, że byłam w błędzie. Kłopoty jednak mnie kochają.

W piątek, kwadrans przed dwunastą, docieram pod siedzibę biura producenta. Udało mi się poinstruować Briana, mojego pierwszego reżysera, co do kolejnych ujęć i mam nadzieję, że nie zejdzie mi tu za długo, tym samym szybko wrócę do nadzorowania pracy. Wysiadając z auta, zmieniam jeszcze trampki na koturny i zarzucam na turkusową koszulę, czarną, klasyczną marynarkę, by prezentować się choć odrobinę wyjściowo i oficjalnie. Zerkam jeszcze w lusterko samochodowe i stwierdzając, że jest okej, ruszam do biura.
Witając się na recepcji z siedzącą tam dziewczynką, lekko się uśmiecham i niechętnie wsiadam do przeszklonej windy, która ma zawieść mnie na ósme piętro korporacji. Pomijając fakt, że boję się zamkniętych pomieszczeń i nie znoszę wręcz jazdy windami, to widzę dokładnie całą przestrzeń biura, wznosząc się do góry. To sprawia, że zaciskam nerwowo place i dopiero dźwięk otwieranych drzwi sprawia, że oddycham z ulgą, mogąc wyjść.
- Wszystko aby okej? Wyglądasz blado - rzuca z troską Ann, gdy podchodzę do jej stanowiska.
- Zawszę, gdy wychodzę z tej puszki - odpowiadam i wskazuję na windę. - Emerson pewnie mnie już oczekuje?
- Niezmiennie - żartuje sobie dziewczyna. - Poczekaj, zapowiem cię.
Czekam zgodnie z poleceniem i rozglądam się po szaro-białym wystroju holu. Moją uwagę po raz kolejny, gdy tu jestem, skupia obraz wiszący za plecami Ann. Ogromne,  modernistyczne malowidło przedstawiające mozaikę kolorowych kresek, nachodzących na siebie i zapętlających się, sprawia, że kompletnie nie wiem, co autor miał na myśli.
- Możesz już wejść.
Głos Ann sprowadza mnie do rzeczywistości. Zostawiając „arcydzieło” sztuki współczesnej i kobietę, wchodzę do gabinetu Emersona.
- Dobrze, że już jesteś, Veronico. Zapraszam do nas - zwraca się do mnie producent, gdy zamykam za sobą drzwi.
Podchodzę bliżej i zauważam, że nie jesteśmy sami, bowiem towarzyszy nam jakiś człowiek w garniturze.
- To mój prawnik, Tom Right - dodaje z ramach wyjaśnienie starszy mężczyzna. Witam się z nimi, lekko zmieszana, bo zupełnie nie wiem, czego się spodziewać i zajmuję miejsca wskazane mi przez producenta, obok prawnika.
- Chciał się pan tak nagle ze mną zobaczyć. Rozumiem, że coś się stało? - odzywam się, gdy wszyscy już siedzimy.
- Tak i dlatego ta rozmowa jest nieunikniona. Jak się domyślam, w ostatnich dniach słyszałaś pewnie o problemach potentata jakim jest Columbia Picture? - Emerson zwraca się do mnie, szukając czegoś na biurku.
- Tak - odpowiadam.
- Otóż te problemy wynikają w dużej mierze ze złego zarządzania wytwórnią i ogromnego długu, jaki w ostatnim czasie zaciągnęła. To zmusiło ich do wypowiedzenia wielu kontraktów i wstrzymania dofinansowania. Nie wiem, czy wiesz, ale to ponad osiemdziesiąt mniej lub bardziej poważnych umów. Columbia pracuje z masą reżyserów i amerykańskich producentów.
- Domyślam się, że z panem również - dodaję, gdy mężczyzna na chwilę milknie.
- Spójrz na to - zwraca się do mnie i podaje jakiś dokument.
- Co to? - pytam, oglądając papier i nie bardzo orientując się, co to jest.
- Zestawienie wypłat i wpływów Moviement Emerson Company. Duża cześć pochodziła właśnie z interesów z Columbią Picture. Teraz, gdy wypowiedzieli z nami umowę, zmuszenie jesteśmy do wprowadzenia zmian i znalezienia nowego inwertora oraz dystrybutora.
Te słowa sprawiają, że zaczyna docierać do mnie powaga tej sytuacji.
- Co oznacza to dla mnie? - pytam, zbierając się w sobie na odwagę.
- Nie będę cię okłamywał. Zajmujemy się produkcją kilku filmów, które niedługo trafią na ekrany kin, bo są w fazie końcowej i to one są teraz najważniejsze, bo przyniosą zysk. Po spotkaniu z księgowymi, nie mam wątpliwości. Nie stać nas na dokończenie produkcji, które są w toku. Po wyliczeniu kosztów, stać nas na wypłacenie gaż dla aktorów i ekipy za zdjęcia. Wiem, że kończą się one w środę, więc skończymy je, a dalszy etap musi zostać na razie zawieszony.
- Ale… - chcę coś powiedzieć, ale brakuje mi słów. Gdzieś w głowie dopuszczałam taki scenariusz, ale teraz, gdy stał się rzeczywistością - ciężko mi się z nim pogodzić. - To najgorsze, co można teraz zrobić - dodaję jeszcze po chwili.
- Nie mam wyjścia. Nie mówię, że ten film nigdy nie zostanie dokończony. Po prostu w tej chwili mamy inne priorytety. Etap montażu jest czasochłonny i nie stać nas na pokrycie kosztów. Proszę - Emerson zwraca się do mnie i podaje jakąś teczkę.
- Czyli to koniec mojej pracy? - odpowiadam, wyciągając swoja umowę i kilka innych dokumentów.
- Zgodnie z umową, każda ze stron może wypowiedzieć ją dwadzieścia jeden dni przed rozpoczęciem każdego kolejnego etapu pracy. Montaż był wstępnie ustalony na koniec marca, więc od dziś to są spokojnie trzy tygodnie - stwierdza producent, wskazując mi palcem punk umowy.
- Poza tym umowa zastrzega sobie coś takiego jak zewnętrzne kłopoty finansowe wpływające na produkcje filmu. Jako czynnik niezależny od producenta, jest w stanie wypowiedzieć umowę - dodaje nagle prawnik, wtrącając się tym do rozmowy. - Wypowiedzenie - dorzuca jeszcze, podając mi kartkę.
- Veronica, jak wyjdziemy na prostą z pewnym dystrybutorem, a nie wiem, kiedy to będzie, za kilka miesięcy czy pół roku, chcę skończyć ten film - odpowiada Emerson, podając mi długopis.
- Co z moim wynagrodzeniem? - pytam, zupełnie go lekceważąc. Może umowa zawiera kolejny kruczek o braku wypłaty z powodu kłopotów finansowych?
- Możesz być spokojna, twoja gaża wpłynie na konto po zakończeniu zdjęć i dostarczeniu materiału do produkcji. Naprawdę dobrze sobie poradziłaś.
Przyglądam się Emersonowi i widzę, że naprawdę nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Nie chcąc przedłużać tego w nieskończoność, podpisuję rozwiązanie umowy.
- To już koniec - mówię, bardziej do siebie, niż do Emersona i podsuwam mu kartkę. Podnosi się i podaje mi dłoń, odzywając się:
- Mam nadzieję, że jeszcze nie.
- Do widzenia - żegnam się i odbierając od niego kopię umowy, wychodzę z gabinetu.
Za pięć dni skończy się moja przygoda z reżyserowaniem i zostanę oficjalnie bezrobotna. To spada na mnie tak nagle, że niedowierzam. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem, co będzie dalej.

***

 Przez cały tydzień i kolejne dni pracuję razem z Jaredem, Tomo i resztą ekipy nad powstającym do piosenki Up In The Air teledyskiem. W tym czasie obserwuję Jareda i próbuję jakoś ustalić czy rzeczywiście mógł słyszeć moją rozmowę z Katią na temat ustalenia ojcostwa. Zachowanie mojego brata jednak na to nie wskazuję, bowiem znając go, pewnie suszyłby mi głowę, że zatajam przed nim prawdę, zamiast mu powiedzieć, bo w  końcu chodzi o jego życie.
W czwartek, kiedy zjawiam się w domu brata, przypomina mi się, że wczoraj Veronica skończyła pracę na planie filmowym, o czym wspominała mi, gdy rozmawiałem z nią przez telefon. Gdy jej jednak nigdzie nie widzę, zwracam się do Jareda:
- Nicky nie ma w domu? Wydawało mi się, że ma od dzisiaj wolne? Coś mi się o uszy obiło.
- Jest - odpowiada mi szybko Jared, nawet na chwilę nie odrywając się od komputera. Stoję przed nim i przyglądam mu się wyczekująco. Dopiero, kiedy mnie zauważa, dodaje:
- U góry. Odsypia swój pierwszy wolny dzień i nie ma za dobrego nastroju.
Wyciągam telefon i sprawdzam godzinę. Jest szesnasta i zaczynam się zastanawiać, czy Jared sobie nie żartuje. Nawet ja tyle nie śpię!
- Możesz podać mi białą teczkę? - dodaje jeszcze Jared. - Leży na szafce za tobą.
Odwracam się i mu ją podaję.
- I nie jest biała, ale szara - wtrącam.
- Widzę, chciałem białą. To leży tam pod którąś, no poszukaj.
Mam ochotę mu coś powiedzieć, że może „proszę”, by się przydało, ale zauważam żądaną przez niego teczkę w stercie papierów i tylko ją wyciągam.
- Dzięki - odpowiada tonem jakby go coś bolało, gdy mu ją podaję.
- Następnym razem sam ruszysz to kościste dupsko.
Tylko tyle mówię i już mam wyjść, gdy brat jeszcze wtrąca:
- Mógłbyś mi tu pomóc. Zobacz, te papiery potrzebują, by…
- Obiecałem już Emmie pomoc - wcinam mu się, zgrabnie kłamiąc i wychodzę ze studia. Szczerze? Mam trochę inne plany. A mianowicie obudzić pewnego śpiocha. Gdy lekko pukam w drzwi sypialnie brata, ale nie słyszę odpowiedzi, po cichu otwieram drzwi i zaglądam do środka.
 Natychmiast dobiega mnie ściszona muzyka puszczona w odtwarzaczu. Jest to Skunk Anansie - nie da się pomylić wokalu Skin. W pokoju panuje lekki półmrok, rozświetlony nocną lampką, a rolety są opuszczone do końca. Na wielkim łóżku panuje nieład i chwilę mi zajmuje odnalezienie znajomej głowy. Veronica śpi zamiast wzdłuż, to w poprzek, zakopana w białą pościel. Wchodzę do pokoju i siadam na łóżku, tuż obok jej głowy. Przyglądam jej się przez moment, lecz gdy otwiera nagle oczy, wiem, że wcale nie spała, a jedynie czuwała.
- Kurde, liczyłem, że się zemszczę i cię obudzę - zwracam się do niej.
Posyła mi wielki uśmiech i zaczyna przeciągać niczym kot, wyginając się na boki.
- Wiesz w ogóle, która jest godzina? - Kiwa przecząco głową. - Późna! Zamierzasz cały dzień tak spędzić? To nawet nie po bożemu! - dodaję z udawanym oburzeniem. - Trzeba zrobić z tym porządek.
Podnoszę się i podchodząc do okna, naciskam na pilot i rolety się podnoszą, wpuszczając do pokoju popołudniowe słońce.
- Oczywiście - rzuca z rozbawieniem, szczerząc się do mnie. - W odróżnieniu od ciebie, Shanny, ja mam wolne… A, wiem gdzie powinieneś właśnie być i gdzie cię nie ma. Co my z tym zrobimy?
Śmieje się i podnosi do pozycji siedzącej. Chwytam ją teatralnie za szyję i dodaję, poważnym tonem:
- Wierzę, że chciałabyś jeszcze pożyć, choć usilnie temu przeczysz.
- A ja wierzę, że masz… łaskotki!
W tej samej chwili czuję, jak dziewczyna łaskocze mnie po bokach i nie wytrzymując, puszczam ją.
- O ty podła! - krzyczę.
Już mam odpowiedzieć na jej zaczepkę, gdy odzywa się mój telefon.
- Co jest, Tomo? - zwracam się do przyjaciela, szybko odbierając.
- Vicky odeszły wody! Właśnie wchodzimy na porodówkę. Trzymaj kciuki za chrześniaka albo chrześniaczkę! - słyszę radosny i podekscytowany głos Tomo. Ta wiadomość sprawia, że emocje udzielają się i mnie:
-  O kurwa! Stary, trzymaj się!  Przyjedziemy tam z Jaredem!
- Dam wam znać, jak będzie po wszystkim. To bez sensu byście tu siedzieli.
- Dobra, tylko się odzywaj! - upominam go jeszcze i to kończy rozmowę.
Spoglądam na Veronicę, która z podekscytowania klęczy na łóżku i przygląda mi się uradowana.
- Vicky rodzi - stwierdzam fakty i w następnej chwili oboje zaczynamy piszczeć i zanosić się radością, zupełnie jak dzieci.
Po niecałych dwóch godzinach dostaję wiadomość od Tomo, że moja chrześniaczka jest już cała i zdrowa na tym brutalnym świecie oraz informację do jakiego szpitala mamy jechać. Szaleństwo jakie nas ogarnia jest niesamowite. Nawet Jared nakręcił się tak, że w drodze do szpitala nie mówił o niczym innym, jak tylko o dzieciach. W pewnym momencie zaskakuje mnie to, ile zdążył się o nich dowiedzieć i zastanawiam się, czy to właśnie przez fakt, że sam może zostać niedługo ojcem. Do szpitala docieramy jednak około dwudziestej.
- Tomo!
Nie mogę się powstrzymać by nie krzyknąć, gdy tylko dostrzegam mężczyznę na szpitalnym korytarzu. Podbiegam do niego i ściskam z całej siły klepiąc po plecach.
- Gratulacje, stary! - dodaję jeszcze.
Szybko przyłączają się do mnie Veronica i Jared, którzy robią to samo. W tym samym czasie dostrzegam siostrę przyjaciela, Ivanę i Edwarda, brata Vicky, którzy są tu razem z nim. Szybko witam się z nimi, wracając do Tomo.
- Jak się czujesz jako świeżo upieczony tatuś, co? - zwracam się do niego, obejmując mocno ramieniem. Jest zmęczony, ale tak szczęśliwy jak jeszcze chyba nigdy. Jego ciemne oczy, promienieją jasnością, która mogłaby oślepiać, a na twarzy maluje się najprawdziwszy uśmiech szczęścia. Jego radość sprawia mi ogromną przyjemność.
- Shann, powiem ci jak to już dotrze do mnie. O Boże, nie wierzę, że to stało się tak szybko! W dodatku na porodówce powiedzieli nam, że Vicky ma wielkie szczęście, bo dziecko prawie od razu pojawiło się na świecie. Trochę ponad godzina i miałem córkę na rękach! - odpowiada mi Tomo i ściska mocno, a jego oczy zaczynają się szklić najprawdziwszym wzruszeniem.
- Ej, bez takich, Tomo, bo się tu zaraz rozryczę! - odpowiadam, z udawanym oburzeniem, gdy ten mnie po przyjacielsku przytula i czuję jak jego przejęcie udziela się też mnie.
- Tomo, ręce ci się trzęsą - wtrąca wesoło Jared, stając bliżej nas.
Gdy Tomo odrywa się ode mnie, stajemy wszyscy w kółku i dopiero teraz zauważam, o czym mówi mój brat. Ten wariat naprawdę drży! To jest po prostu piękne i niesamowite. Zaczynamy się wszyscy śmiać.
- Bracki, ogarnij się - wtrąca wesoło Ivana, podchodząc i przytulając serdecznie Tomo, po czym łapie go za drżące dłonie.
- Zakochacie się w tej kruszynce tak samo jak ten świrnięty tatuś - dodaje jeszcze Ivana, zwracając się do naszej trójki i uśmiecha się. - No pochwal się córką. - Teraz zwraca się do Tomo i klepie go po plecach.
W tej samej chwili odzywa się Edward:
- Tomo, Vicky się obudziła i cię woła.
- Chodźcie ze mną - zwraca się do nas przyjaciel i ruszamy.
Jednak, kiedy mamy już wejść do sali zatrzymuje nas siostra przełożona, która nie wydaje się być przyjaźnie nastawiona. Nie mylę się, gdy zwraca się do nas:
- A państwo dokąd? Pora odwiedzin skończyła się już. Wizyty świeżo upieczonej mamie złożą państwo jutro, bo dziś to naprawdę potrzebuje ona odpoczynku i spokoju. Poza tym to pora karmienia maleństwa. Zrozumieliśmy się?
Tomo chcę coś powiedzieć, ale powstrzymuję go. Z takimi kobietami nie ma co dyskutować, bo to z góry przegrana wojna. Szpitalny rygor czasami jest gorszy niż jakikolwiek inny.
- Tak, a możemy się jedynie przywitać? Nie będziemy wchodzić - odpowiada nagle Jared i przyglądam mu się. Jest zdeterminowany i siostra chyba to dostrzega.
- Na co ja to mówiłam, eh… Dobrze, przywitają się państwo i od razu wychodzą, tak?
- Oczywiście - rzuca jeszcze Jared.
Wchodzimy do pokoju, w którym leży Vicky i Veronica od razu do niej podbiega i przytula. Kobiety śmieją się i radośnie witają, wzajemnie się przytulając. Przez moment przyglądam się Vicky. Pomimo że jest strasznie blada i wygląda na zmęczoną, jej oczy błyszczą się podobnie jak u Tomo, a twarz zdobi identyczny uśmiech zadowolenia i szczęścia. Przyglądając się jeszcze jak Tomo z miłością staje przy łóżku żony i obejmuje jej głowę, składając na niej pocałunek, nie mogę wyjść ze zdziwienia, że można być tak niepoprawnie w sobie zakochanym. Szczęście jakie dają sobie nawzajem, wsparcie, miłość - są tym, o czym marzę w przyszłości, a oni są dla mnie wzorem. Staję przy Veronice i przysłuchuję się jej rozmowie z przyjaciółką:
- Vi, tak się cieszę twoim szczęściem! Jak się czujesz?
- Zmęczona, ale to jest zupełnie inne zmęczenie. Gdyby nie Tomo, który był cały czas ze mną, byłoby o wiele gorzej. - Tutaj Vicky uśmiecha się i spogląda na męża, który trzyma ją za rękę. - Veronica, Ellie jest przepiękna, zakochasz się w niej! - dodaje jeszcze kobieta z radością. - Powinni ją zaraz przynieść. Sami zobaczycie.
- Nie możemy zostać, bo siostra oddziałowa nas przechrzci. Musimy się już zbierać, wpadniemy jutro Vi - odzywam się.
- Ellie… Czyli wybraliście już imię? - pyta się Jared, przybliżając do nas.
- Śliczne jest - wtrąca Veronica, uśmiechając się do mnie, bo stoję naprzeciwko niej.
- Dobra, chodźcie zanim naprawdę zrobi się niebezpiecznie - zwraca się do nas Tomo i  puszczając Vicky, wychodzi razem z nami.

***

- Nie bój się, weź ją na ręce - odzywa się Vicky, podając mi śpiącą Ellie. Przez moment mam lekkie obawy, bo minęły wieki od kiedy ostatni raz miałam na rękach taką kruszynkę, ale w ostateczności wystawiam dłonie. - Tylko trzymaj pod główką - dodaje jeszcze przyjaciółka, podając mi dziewczynkę w beciku. - Świetnie ci idzie. Dacie sobie radę? - zwraca się do mnie i Jareda. - Pójdę szybko do toalety.
- Jasne, idź - odpowiadam jej, przyglądając się maleństwu. - Jejku, ale ona jest śliczna - stwierdzam, siadając z Ellie na szpitalnym łóżku obok Jareda.
Dziewczynka ma ciemne gęste włosy, podkreślające jej ogromne brązowe oczy, co jest u niemowlaków rzadkością, przez co wygląda naprawdę uroczo. Maleńki różowy nosek jest identyczny jak jej taty. Trzymając ją na wyciągniętych przed sobą dłoniach, zauważam, że prawie idealnie się na nich mieści. To takie niesamowite… życie zamknięte w dłoniach. Dopiero w tym momencie jeszcze mocniej uderza mnie jej kruchość, niewinność i bezbronność. Nie od parady wszyscy nazywają ją kruszynką.
- Jest taka maleńka.
Głos Jareda sprowadza mnie powrotem do sali. Spoglądam na jego dłonie, które dotykają moich i wiem, że myśli o tym samym, o czym ja przed chwilą. Odwracam głowę w bok i widzę, że na jego twarzy maluje się  nic nie mówiące zamyślenie. Nagle też coś mi się przypomina.
- Weź ją na ręce - odzywam się z pewnością w głosie, a Jared patrzy na mnie z zaskoczeniem. - Nie zwariowałam, no weź ją - dodaję.
- Boję się. Nie trzymałem takiego małego dziecka na rękach, a jeśli jej coś zrobię?
Panikujący Jared jest naprawdę uroczy. Wzdycham i odpowiadam:
-  Faceci, a niby tacy odważni jesteście? - śmieję się pod nosem. - Przestań stwarzać domysły, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Wyciągnij dłonie - instruuję go, znów się śmiejąc.
Jared siedzi dalej w bezruchu i jedynie mi się przygląda. Irytuje mnie tym, choć widzę, jak wewnętrznie się waha. Emocje jednak biorą górę i mówię, ściszonym głosem:
- Nie zachowuj mi się jak „cnotka niewydymka”, panikująca: nie, nie, nie, która tak naprawdę chce by ją zaliczyć. Mówię ostatni raz, wyciągnij ręce.
Jared krzywo się uśmiecha na moje słowa i w końcu, uświadamiając sobie, że mu nie odpuszczę, wykonuje polecenie, a ja ostrożnie podaje mu Ellie. Gdy dziewczynka znajduje się bezpiecznie w objęciach jego dłoni widzę jak Jared tajemniczo się uśmiecha, a strach przed zranieniem jej odpuszcza. O czym w tej chwili myśli mężczyzna, jest dla mnie zagadką.
Opieram głowę na jego ramieniu i przyglądając się ślicznemu obrazkowi jaki mam przed sobą, dodaję:
- Ładnie ci z tym maleństwem.
- Serio? - wtrąca, uradowany Jared.
- Serio, serio - odpowiadam. - Wujek Jared. - Nagle też testuję brzmienie tych słów.
- Zapomniałaś powiedzieć: najlepszy wujek Jared na świecie - poprawia mnie mężczyzna. Ellie w tej samej chwili zaczyna leciutko kwilić, a Jared od ruchowo ją uspokaja.  Gdy zaczyna jej nucić, nie mam wątpliwości, że wczuł się w role.
- Będziesz musiał o to miano powalczyć z najukochańszym wujkiem Shannonem - odpowiadam mu, wskazując głową ogromnego, białego miśka, którego przyniósł tu z rana Shann.
W następnym momencie Ellie zaczyna już płakać i zauważam, że Jared jest z lekka przerażony, ale na szczęście wraca Vicky.
- Czy mi się przewidziało, że Jared miał ją na rękach? - żartuje sobie przyjaciółka, odbierając dziecko od mężczyzny i zwracając się bezceremonialnie do mnie.
- Naprawdę bardzo śmieszne, Vicky. Radziłem sobie - wtrąca delikatnie oburzony Jared i wydyma usta, co jest celowe i sprawia, że zaczynamy się z Vicky śmiać.
- Dobra, wiem, do kogo będę ją podrzucać, Jared. Nie martw się, nie zapomnę o tobie - dodaje jeszcze kobieta, gdy się żegnamy i wychodzimy.
Gdy jesteśmy przed szpitalem i mamy wsiąść do auta, Jared nagle łapie mnie za rękę i odzywa się:
- Muszę ci coś powiedzieć.
Zatrzymuję się i przyglądam mu się. Natychmiast zauważam, że od wyjścia humor Jareda radykalnie się zmienił i teraz wyraźnie coś go trapi. W dodatku ton, jakim to mówi, sprawia, że zaczynam się obawiać.
- Tam jest ławka, usiądźmy - rzucam w odpowiedzi, wskazując kawałek szpitalnego parku przy parkingu.
Jay ujmuje moją dłoń w swoją, gdy idziemy. To sprawia, że się uśmiecham. Tak rzadko trzymamy się za ręce, a to jest takie czułe z jego strony.
 - Tylko się nie denerwuj.
- Zawsze, gdy tak mówisz, właśnie to robię - odpowiadam szybko, siadając obok niego.
- Dowiedziałem się, że ojcostwo można ustalić już po czwartym miesiącu ciąży, a nie dopiero po urodzeniu dziecka. Annabelle wprowadziła mnie w błąd. Musiałem ci to powiedzieć.
- Słucham? - to wyrywa się z moich ust  niekontrolowanie. - Kiedy się o tym dowiedziałeś?
- Na urodzinach Shannona.
Słowa Jareda układają się w mojej głowie i mam odpowiedź na pytanie, dlaczego mężczyzna wtedy się upił.  Jednocześnie coś do mnie dociera.
- Czekaj. Jeśli to oznacza, że można zrobić badania i Annabelle zna prawdę, a skoro tak i nie powiedziała ci, to może…
- Nie jestem ojcem? Też nad tym myślałem, bo dlaczego ukrywałaby ten, fakt skoro ma pewność już dziś?
Jared kończy za mnie i razem się nad tym zastanawiamy, przyglądając się sobie. W tej samej chwili dociera do mnie cała ta sytuacja i w moich oczach pojawia się chyba promyk nadziei. Jednocześnie spada na mnie ciężar ostatnich kilku miesięcy życia w domysłach i czuję się załamana. Wiążąc się z Jaredem, nie pisałam się na takie przejścia, a otrzymałam je w prezencie. Wszystkie nasze kłótnie, wylane z tego powodu łzy, wyrwane włosy, rozbite szkło, emocje, zmyte pod gorącym prysznicem - to wszystko staje mi przed oczami i sprawia, że w obliczu prawdy staję się malutka. Zbyt słaba i wiem, czego potrzebuję.
- Jared… - zaczynam, układając sobie w głowie plan, który mam od spotkania z Emersonem w głowie. - Jestem wycieńczona tym wszystkim. Ta cała sytuacja psychicznie rozkłada mnie na czynniki, a teraz po tym, co powiedziałeś… jestem jeszcze bardziej skołatana. Kolejna dawka domysłów, złudnej nadziei, której nie chcę, bo nie chcę rozczarowania, rozumiesz? Chcę w końcu faktów, prawdy, dlatego… muszę odpocząć.
Jared słucha mnie z uwagą, a wielkie, niebieskie oczy wydają się z każdym moim słowem szarzeć ze strachu.
- Nie powiedziałam ci jeszcze jednego, straciłam pracę. Emerson wypowiedział mi umowę z powodu kłopotów finansowych jakie ma w związku z Columbią Picture. Jak widzisz, muszę to sobie na nowo poukładać, dlatego chcę wyjechać na parę dni, zmienić otoczenie, przestać się torturować myślami.
Kończę i łapię Jareda za dłoń, która spoczywa luźno na jego nodze. Bez reakcji. Przygląda mi się z wymalowanym na twarzy niepokojem. Wydaje mi się, że chce mi tyle powiedzieć, ale w ostateczności rzuca tylko obojętne:
- Dokąd?
- Pomyślałam, że czas zrealizować prezent od ciebie. Alaska.
Po tych słowach zapada cisza, którą zakłócają jedynie ćwierkające ptaki, a jeden z nich przelatuje obok nas.
- Wisz, że nie polecę z tobą? Mam teraz zbyt dużo pracy nad teledyskiem, by pozwolić sobie na wyjazd. Do tego wychodzą sprawy z wydaniem płyty, których muszę dopilnować jako lider zespołu. Nie zostawię tego wszystkiego Emmie - stwierdza prawie, że oficjalnie Jared, wpatrując się w coś przed siebie. Nie wiem, czy to jest właśnie jego sposób na oswojenie się z tą sytuacją.
Kiedy dostałam od niego bilety lotnicze, myślałam, że zobaczę moją wymarzoną Alaskę właśnie z nim. Teraz, przez słowa jakie do mnie wypowiada, sprawia, że czuję się jak jakiś drugorzędny przedmiot, który nie zasługuje na uwagę. Rozumiem, że zespół jest dla niego ważny, ale kochając kogoś, starasz się iść na kompromis. Nie dość, że czuję się fatalnie, to jego słowa najzwyczajniej wyprowadzają mnie z równowagi.
- Nie zrozumiałeś mnie. Nie chcę jechać z tobą. Mówiłam, że zamierzam odpocząć od tego wszystkiego,  a ty się do tego zaliczasz - odpowiadam mu złośliwie, wstając z ławki. W tej samej chwili Jared odwraca się i patrzy na mnie, jakbym mówiła w co najmniej niezrozumiałym mu języku.
- Nie śmiałabym odrywać Jareda Leto od pracy - rzucam jeszcze z sarkazmem i odchodzę w stronę samochodu, powtarzając sobie: „nie daj mu satysfakcji i nie rozpłacz się”.

***


Yello!

Nie myślcie tylko, że powracam do regularności dodawania rozdziałów, bo nie wiem jak to będzie, ale póki co pisze mi się dobrze, więc jest kolejny. Jak wyszło? Co odpowie Annabelle? Zostawiam jak zawsze do waszej oceny i czekam na  opinie. Ostatnio naszła mnie też taka rozkmina, że chyba fajnie, że wchodząc tu leci sobie Witness - komu się podoba łapka w górę! Proszę też o głosy w ankiecie, to tylko jeden klik, został ostatni dzień!
P.S. Bardzo lubię tę piosenkę i wszyscy, którzy nie znają Lorein - gorąco polecam sobie posłuchać. Świetni, w dodatku polscy, a to się ceni.
P.P.S. Buuuu! Ostatnio Jared nas rozpieszcza tymi VyRTami Violet! Cudowny jest i tyle ♥



* Lorein, Krótkowzroczność.

20 komentarzy:

  1. Pewnie okaże się, że to nie jest dziecko Jareda, Veronica dowie się, że jest w ciąży, Shannon będzie z Katią i wszyscy będą szczęśliwi. Chociaż z drugiej strony Jay i V. mogliby zerwać na parę rozdziałów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. + wielbię witness po ostatnich czatach *.*

      Usuń
  2. ostatni też rozkminiałam że superowo jest gdy codziennie sprawdzam czy dodałaś nowy rozdział i nagle zaczyna grać witness, raz nawet bym wylała herbate na klawiature bo miałam włączony głośnik i włączyłam twojego bloga a tu witness (:
    pozdrawiam, Lena(:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że mam to samo. Już kilka razy się tak zlękłam :)

      Usuń
  3. Tak mnie zaskoczyłaś tym rozdziałem, w sensie, że tak szybko, że nie wyrabiam, ale do rzeczy :)
    Relacja Shannon - Veronica *___* Oni się tak świetnie dogaduję. Lepiej żeby Jared jej nie skrzywdził, bo brat go zabije. Wizyta Shannona u Katii i ten kaktus ahahahah to było genialne.
    Ellie to dziecko zawładnie nimi wszystkimi i w końcu się doczekaliśmy, że jest :)
    Rozmowa Jareda z Niko, hmm hmm hmm. Nie wiem jak do tego podejść. Stawiam, że Veronica pojedzie na Alaskę z Katią i będą balować :D Oby się między nimi wszystko ułożyło, bo nie lubię, gdy tak jest.
    Pozdrawiam i czekam na nowy ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Będzie troszkę inaczej, ale zobaczycie już wkrótce. Znasz to uczucie, gdy wyciągasz jedną kartę i runie ci cały domek? Powiedzmy, że to dobrze oddaje przyszłość bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
  5. ale super piosenka, wkręca się na maxa(:

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak na wstępie powiem witaj! :D
    Niedawno znalazłam Twojego bloga przez zupełny przypadek, ale jak on mnie wciągnął! Od pierwszego rozdziału. Już wiesz skąd liczba wyświetleń wzrosła o dobre kilkadziesiąt. No bo, przecież o 45 rozdziałach mógłby pomarzyć niejeden autor.
    Co do samego opowiadania to masz fantastyczny styl. Czyta się bardzo przyjemnie, mało błędów, czasami małe literówki ale kto ich nie robi.
    A, i uwielbiam wykreowane przez Ciebie postacie.Szczególnie Veronicę. No i Shannona. Ale to chyba oczywiste, nie?
    Co do pytania to nie lubię Annabelle. No jakoś się nie mogę do niej przekonać. Już tak mam, że jak kogoś nie lubię to czy chcę czy nie, nie zmienię do niego nastawienia.
    W skrócie: Genialne! Tak mnie oczarowałaś swoim opowiadaniem, że dodałam link na moim blogu.
    Teraz tylko czekać na nowy rozdział :).
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za każde słowo, dużo dla mnie znaczą, szczególnie gdy komuś podoba się to, co próbuję tworzyć. Rzeczywiście sporo materiału, ale z czasem zżyłam się z tymi bohaterami i tak jest mi teraz ciężko myśleć końcu. Zgadzam się, tej dwójki nie da sie nie lubić ;) a co do Annabelle... sama jeszcze nie wiem jak chcę ją wykreować. Wierzę w jej dobro. Nie wiem jak potoczy się to wszystko dalej, ale liczę, że się nie zniechęcisz ;)
      Pozdrawiam i jeszcze raz bardzo dziekuję!

      Usuń
  7. Ale te opowieści to są wytworem twojej wyobraźni? :o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, o co konkretnie pytasz, ale w większości tak, wymyślam. Zdarzają się jednak prawdziwe fakty z życia zespołu.

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Fakty dotyczące nagrywanie płyty, wydanie singla, wysłanie go w kosmos i wycieczka zespołu na Florydę, wyjzad Jareda do Nowego Orleanu na plan filmu Dallas Buyers Club, organizacja VyRTów, planowanie trasy i to, że zaczęli ją od Polski, to że Jared był na Sundance Festival, to, że naprawdę przyjaźni się dośc blisko z Annabelle, trasa Shannona z Antoinem, związek Shannona z Laną del rey (po części tutaj został ubrarwiony, w rzeczywistości wiadomo tylko, że coś ich tam łączyło), ulubione piosenki Jareda kiedyś się pojawiły i jakieś tweety(one też były prawdziwe, tyle że po polsku), znajomość i dobre relacje z Terrym Richardsonem, Bamem Margerą czy innymi gwiazdami (jeśli się ktoś pojawia to zwykle ktoś, kogo Jared realnie zna). Teraz będzie np. wypad na festiwal Coachellę, wyjazd do Australii i Europy - odwiedzanie radiostacji (było coś takiego w kwietniu tego roku). Sporo jest takich rzeczy.

      Usuń
  9. Aa czy to prawda, że z Jareda taki babiaz? I ze mysli tylko żeby przelecieć?

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie, nie jest. Przynajmniej od jakiegoś czasu. Bardzo ceni swoją prywatność, co powoduje, że nie wiadomo z kim się spotyka. Chociaż ja go nie znam więc nie mogę niczego potwierdzić. Moim zdaniem i z mojej obserwacji tak jest. Hm, myślę jednak, że kiedyś był większym kobieciarzem. Po rozstaniu z Cameron, gdy jeszcze dosć intensywnie grał w filmach, krażyły plotki, że przespał się z połową hollywoodzkich aktorek. Być może coś w tym było, ale to było kiedyś. Pozatym kilka zdjeć z jakimiś modelkami było, ale to juz z czasów TIW i poza tym nic więcej. Wydaje mi się też, że właśnie podczas trasy TIW, Jared mógł spotykać się z modelkami na zasadach seks-przyjaciół, ale nie ma na to większych dowodów. Poza tym warto zauważyć, że żadna z dziwczyn Jareda nic nie powiedziała na temat związku z nim, co może znaczyć, że raczej rozsądnie dobiera znajomości.Prawdą jest też to, że Jay uwielbia gierki słowne i zgrywanie się do dziennikarek, a czasem nawet je podrywa, bo on kocha kobiety. Z drugiej strony czasem strasznie trudno mi go rozgryść, bo zdaje sobie sprawę, że on nawet nie musi uganiać się z dziewczynami. Jednak z jego artystyczną duszą nie wyobrażam sobie, że mógłby być ignoranckim dupkiem, który tylko chce zaliczyć dziewczynę, która mu się spodoba. Po prostu mi się to kłóci ze sobą.

    OdpowiedzUsuń
  11. Hmm, też tak uważam. Chociaż właśnie nie wiem, bo nic nigdzie o nim nie słychać i dlatego mało o nim wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem cię ;) On rzeczywiście, jak mało kto, dba o swoją prywatność, tyle mu zostaje w końcu.

      Usuń
  12. W sumie mu się nie dziwię, każdy potrzebuje trochę prywatności...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę mieć pytanie? Jak dowiedziałaś się o blogu? :)

      Usuń

Followers

Sztuczna inteligencja:













Treść: Mary. Nagłówek: Alibi, 30 STM. Belka: Wait, 30STM. Adres: parafraza tekstu The Pixies. Obsługiwane przez usługę Blogger.