wtorek, 10 lipca 2012

8. Ciało i rozum w permanentnej niezgodzie, wiecznie przeciwko sobie *


happysad, Ciało i rozum


***


Zapakowaliśmy się do auta, Shannon prowadził a Veronica usiadła z przodu, zajmując moje miejsce, raz niech jej będzie, pomyślałem. Ruszyliśmy.
Veronica. Od kiedy tylko ujrzałem ją w hali przylotów wiedziałem, że kobieta, uśmiechająca się lecz krocząca na razie niepewnie, w niczym nie przypomina dziewczyny, którą polecił mi Darren i z, którą pracowałem. Już sam jej wygląd stanowił kolosalną zmianę. Niegdyś jasno-brązowe włosy do ramion, zastąpiły teraz nieziemsko długie, sięgające bioder różowo-turkusowe pasma połączone z kasztanowymi włosami.  Ta kolorystyka od razu przywołało mi na myśl lody o smaku gumy do żucia. To, co miała na sobie nie zostawiało złudzeń, czyżby mała hipiska lubiąca etniczne wzory? Choć w tych koturnach była ode mnie wyższa (za czym nie przepadałem) to musiałem przyznać jedno, wyglądała świetnie. Największa zmian zaszła chyba jednak w niej samej (o czym przekonałem się już na lotnisku).  Wzrok, który mógł kiedykolwiek wyrażać życiowe niepewności i rozterki teraz mówił: jestem sobą, nie zamierzam się zmieniać do jasnej cholery! A tym bardziej odpuszczać. Czułem, że dostała w Paryżu ostrą szkołę życia, która ją umocniła.
Moje baczne oko wyłapało jeszcze coś. Chyba ktoś tu lubi tatuaże,  pomyślałem gdy spojrzałem na jej ręce. Na prawej dłoni a dokładnie na trzech palcach, środkowym, serdecznym i małym, widniały jakieś napisy, których nie zdążyłem przeczytać. Pocieszałem się tym, że za to przeczytałem to, co miała wytatuowane na nadgarstku: Born with nothing, die with everything.
Najbardziej jednak zdziwił mnie tatuaż na jej lewej ręce. Znałem go dobrze bo miałem dokładnie taki sam i dokładnie w tym samym miejscu. To był jeden z symboli związanych z moim zespołem, w myślach się uśmiechnąłem. Nim się otrząsałem, ci z przodu już gadali.
-… po prostu okazał się strasznym natrętem i liczyłam, że numer z chłopakiem go odstraszy, a tu taka dupa… Shannon, przepraszam za słownictwo ale…
-Ej, nie musisz przepraszać, zwariowałaś? Czekam na więcej, to mnie podnieca.- mój brat uśmiechnął się do towarzyszki i poruszał znacząco brwiami na co dziewczyna wybuchła śmiechem. Uspokoiła się po chwili i powiedziała:
- I dziękuję wam obu za pomoc.
- Nie ma sprawy.- odpowiedziałem, ponieważ popatrzyła na mnie. Dodałem jeszcze z szelmowskim uśmieszkiem- Zawsze do twoich usług. Zawsze, pamiętaj.
Uśmiechnęłam się i złapała ręką za czoło.
- Co wy oboje macie? Nie minęło jeszcze 5 minut a tu takie propozycje.- chyba postanowiła odbić piłeczkę i wejść w naszą głupią gierkę.- Do wieczora jeszcze daleko a wy odkrywacie już karty, oj Leto… nie ta zagrywka.
Ostatnie wyrazy wypowiedziała parodiując macho. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Po jakimś czasie, pierwszy przemówił Shann.
- Hej, opowiedz nam o sobie coś więcej, co robiłaś przez ostatnie dwa lata?
- No cóż… dużo się w moim życiu od tego momentu zmieniło. Za dużo by opowiedzieć ale postaram się w skrócie.  Dzięki wyróżnieniu od Aronofsky’iego posypało się parę propozycji o nakręcenie klipów a fakt, że wam pomagałam dużo mi dał w praktyce. Dla kogoś takiego jak ja, amatora bo bez dyplomu właśnie nim byłam, o wiele łatwiej znaleźć pracę przy klipie niż przy kręceniu filmu. Głównie chodzi o kasę, jak coś się spieprzy na planie filmowym to koszty są kolosalne. Klipy mają małe budżety i inną organizację, tak więc by zarobić na studia kręciłam klipy.
- Ale dzięki temu zdobyłaś praktykę, wpis do cv i chyba pomogło ci to w szkole?- znów odezwał się Shannon.
- Tak i nie. W akademii mają swoje zasady i to, co studenci robią poza zajęciami ich nie obchodzi, tam liczą się jedynie umiejętności i ciężka praca. Jak ja się cieszę, że to już za mną.
Shannon najwyraźniej bawił się w reportera bo zadawał kolejne pytania.
- Mówiłaś kiedyś, że pochodzisz z… no ten..
- Z Polski? Tak, a co?
- Nie tęsknisz za domem? Pytam bo wcześniej studiowałaś a teraz pracujesz tu, na innym kontynencie. To strasznie daleko, nie wiem czy ja dałbym radę.
- Mnie to nie przeraża, na prawdę lubię takie życie. Móc żyć w różnych miejscach, poznawać kultury, ludzi, to jest szalenie fascynujące. Ale nie powiem, że nie tęsknię bo bym skłamała. Czasem są takie dni, że… ach nieważne.
- Jakie? – teraz to ja się odezwałem, co ją trochę zdziwiło.
- Smutne, samotne, nostalgiczne. Odwiedzam wtedy polskie dzielnice i zawsze czuje się lepiej.
- Ej czy w tych dzielnicach mają pierogi? I takie małe… no jak to się nazywało Shannon? Pamiętasz jedliśmy to w Polsce i było strasznie dobre, tobie podali z mięsem. Chyba to była jakaś regionalna potrawa.
- Jakieś kluski czy coś… no rzesz kurwa! Jak jedziesz palancie!- Shannon zaczął się wydzierać bo właśnie jakiś mężczyzna czarnym jeepem zajechał nam drogę.- Co za ludzie… kurwa!
Shannon zdążył powiedzieć tylko to i gwałtownie zahamował, ponieważ facet jadący przed nami właśnie się zatrzymał. Auto automatycznie szarpnęło do przodu. Shannon był już nieźle wkurzony, rozejrzał się więc czy w pobliżu nie ma zagrożenia w postaci patrolu i pomimo podwójnej ciągłej, wyprzedził czarne auto.
- Naucz się jeździć kretynie! Trzeba mieć mózg!- mój brat wyminął winowajcę, pokazując kierowcy swoją złość, stukając się w głowę.
Veronica się zaśmiała.
- Jared czy znasz jakąś dobrą wypożyczalnię samochodów? Nie chcę umrzeć mając niecałe 22 lata.
-Ej to nie moja wina! Widziałaś jak zajechał nam drogę. Jakiś osioł, normalnie.
-Tak Shannon, ale to nie zmienia faktu, że jedziemy ponad 150 km/h i trzy razy przejechałeś na pomarańczowym.
- O proszę, ktoś mnie w końcu wyręczy. Powtarzam mu zawsze a on nic. Potem to ja muszę gadać z glinami by dostał mniejszy mandat.- powiedziałem to i poklepałem brata w ramię.
- Twój urok czyni cuda Jared. Czas przeszły, skarbie. Teraz jedziemy prawie przepisowo.
Shannonowi poprawił się humor i teraz uśmiechał się jak dziecko. Veronica wydawała się być zdezorientowana.
- Po co ci auto, ja mogę cię wozić, będziesz zadowolona.
- Nie słuchaj go! Cóż to prawda teraz jeździ lepiej ale wcześniej skasował cztery samochody. Jak to się mówi, praktyka czyni mistrza, co nie Jay?
- Dokładnie a to nie były cztery tylko trzy. Trzy Shannon.- zrobiłem moją popisową minę i pokazałem im w geście trzy palce.
- Ciekawy jestem jak nazwiesz wjechanie autem do jeziora z, którego już go nie wyciągnęliśmy.- teraz zwrócił się do Niko.- I to nie była jego wina.
- Bo nie była!
Cały Shannon, musiał wszystko wypaplać. Veronica od razu się przebudziła.
- Że jak? On?- odwróciła się w moją stronę, wbijając we mnie te swoje brązowe, wścibskie oczka.- Ty? Ja chcę poznać tą historię! Now!
Cieszyła się jak dziecko, postanowiłem się z nią podroczyć i pokazałem jej minę w stylu: co to, to nie. Mała, zapomnij.
- Proszę? Nie bądź dziad.
Nie dawała za wygraną, ja też.
-…? To nie.- pokazała mi język.- Shannon?
- Proszę cię bardzo ale ja ją zawsze spalę pod koniec. Czekaj! Tomo. On ci to opowie jak się spotkamy. Kocham normalnie go za to jak potrafi opowiadać. Zobaczysz sama, będziesz leżeć. Tylko Jaredowi nigdy jakoś nie do śmiechu.- Shannon powiedział to i puścił do dziewczyny oczko. Veronica delikatnie się do siebie uśmiechała, poruszając z niedowierzaniem głową.
Na zewnątrz wypogodziło się jeszcze bardziej, a słońce  górujące nad nami niemiłosiernie grzało. Dzięki klimatyzacji w środku panował przyjemny chłód.
Już wiedziałem, gdzie i jak spędzimy to popołudnie. Wyciągnąłem swoje BB i napisałem do osoby bez, której mój plan by nie wypalił.


***

Byłam nienormalna. Teraz oni to wiedzą. Szlag, jestem nienormalna ale cóż trzeba z tym żyć. To, że czasem jestem zbyt spontaniczna nigdy mi nie przeszkadzało, a zawsze dziwiło ludzi. Po pierwsze cała akcja z Tomem była nie do przewidzenia więc nie zarzucą mi, że rzuciłam się na Leto bo miałam taką ochotę. To było konieczne. Po drugie byłam zbyt bezpośrednia, gdzie się podziała twoja nieśmiałość?, pytałam się w myślach ale jedyną sensowną odpowiedzią było to, że ich się po prostu nie da, nie lubić i nie jesteś w stanie traktować ich z powagą bo to jak zabawa z dzieckiem. A dokładnie z dwójkom.

Lubię strasznie Shannona ale nie będę już z nim jeździć. Po dzisiejszym przypomniał mi, dlaczego ostatnim razem jeździłam taksówkami. Muszę sobie załatwić jakieś auto i to szybko bo raczej  nie skorzystam z propozycji Jareda. Wystarczy mi, że jest nieprzewidywalny na co dzień.

- Naprawdę byłbyś skłonny do poświęceń i woził mnie o 6 na plan?- postanowiłam podręczyć Jareda.
Shannon wybuchł niepohamowanym śmiechem aż zaczęłam obawiać się o drogę.
- Nie mów, że wierzysz w cuda? On o tej porze przewraca się na drugi bok.
- O 6? Zmieniam zdanie. Pożyczymy ci jakiś nasz samochód bo i tak stoją w większości nie używane.- Jared próbował jakoś wygrzebać się z dołka. Oj Leto czy ty się nigdy nie nauczysz, najpierw myśl, potem rób? A nie, zawsze na odwrót, pomyślałam.- Tylko wiesz, żeby wrócił w jednym kawałku. To nasze c a c u s z k a - ostatnie słowo dokładnie wyakcentował.
- Spoko Jared, ja nie mam tendencji do r o z b i j a n i a  s i ę.
Sparodiowałam go. Widziałam jego minę, miał ochotę wystawić mi język ale się pohamował. Och wiek robi swoje, co nie Leto?. Shannon cicho zachichotał ale nie spuścił wzroku z drogi. Zwróciłam się do młodszego Leto.
-  A danie o które ci chodziło to chyba kopytka i można je dostać tak samo jak pierogi w polskich dzielnicach albo zrobić samemu.- słowo kopytka powiedziałam im też po polsku ale nie powtórzyli.
Jaredowi na dźwięk tych słów od razu zaświeciły się te jego błękitne ślepia, totalnie jak dziecko, dać mu lizaka i po bólu, pomyślałam.
Okolica, którą właśnie przejeżdżaliśmy wydawała mi się znana. To tu mieszkają, chyba. To będzie ciekawy dzień a najlepsze jest to, że do wieczora jeszcze masa czasu a ja mam ich obu na karku. Zaczęłam się modlić by nic nie wymyślili, jedyne na, co miałam ochotę to poleżeć na słońcu i totalnie nic nie robić…

***

Nim się zorientowałem, byliśmy już na naszym podjeździe a Shannon wypakowywał bagaże Veroniki. Wysiadłem szybko z auta i postanowiłem im pomóc.
- No nareszcie, ile można czekać? Bierz te dwie i zamknij auto.- Shannon był już w drodze do drzwi a dziewczyna poruszyła ramionami i wcisnęła mi kluczyki do dłoni, a potem poszła za nim.
Pokój jaki przygotowaliśmy dla Veroniki nie był może zbytnio urządzony ale oboje z bratem stwierdziliśmy, że damy jej wolną rękę. Otóż mój dom nigdy nie został do końca wyremontowany. Kupiłem go zaraz gdy zarobiłem większe pieniądze i był w stanie surowym. Nigdy nie zależało mi na jakiejś willi, po prostu chciałem coś praktycznego i przytulnego. Na początku urządziłem tylko połowę bo dom był zdecydowanie dla mnie za duży a poza tym wypadło nagrywanie płyty, potem trasa i znów płyta… i tak w kółko. Zagospodarowałem go w pełni dopiero kiedy nasza wytwórnia pozwała nas o 30 mln a my potrzebowaliśmy studia nagraniowego. Wytwórnia nie raczyła dać nam złamanego grosza za płytę „A Beautiful Lie”, która sprzedała się w milionach egzemplarzy na świecie. Nie mogliśmy tego pojąć, de facto nie mieliśmy kasy na remont i kupno sprzętu. Na szczęście miałem odłożone trochę gotówki jeszcze za rolę w „Requiem for a dream” i inne filmowe produkcje więc sfinansowałem budowę studia, które powstało właśnie w moim domu. Od tego momentu mieszkam razem z Shannonem.
Dom liczy dziesięć sypialni każda z toaletą (trzy z nich służą jako część The Lab), jedynie cztery pokoje mają duże łazienki. Do tego dochodzi kuchnia, jadalnia, ogromny salon, mój gabinet, pracownia w, której czasem tworzę różne rzeczy, kilka małych schowków na sprzęty, strych, piwnica, garaż i część The Lab na, którą składa się jeszcze parę pomieszczeń. W efekcie wygląda to tak, że gdy pracujemy po moim domu kręci się kilkanaście osób, co strasznie mnie cieszy. Lubię ruch, zamieszanie i tą energię, którą się dzielimy.
Weszliśmy do domu, ja z Shannonem zanieśliśmy rzeczy na górę a Veronica została w salonie.
- O rzesz w mordę! Co ona ma w tych walizkach, ciężkie jak cholera.
Shannon z trudem dodźwigał po schodach trzy torby i postawił je na środku pokoju.  Moje wcale nie były lżejsze.
- To kobieta, co może mieć? Buty, ciuchy, kosmetyki i jeszcze więcej BUTÓW!
Zaśmialiśmy się razem.
-Racja. Czemu ona tam została? Myślisz, że jej się spodoba to?- Shannon zapytał mnie i machając w powietrzu rękoma, pokazał na pokój.
- Mi by się podobało, że mogę sam go urządzić… a tak w ogóle to mam pomysł na spędzenie tego dnia w końcu trzeba jakoś uczcić jej przyjazd ale musisz mi pomóc.
Wyjawiłem bratu mój genialny pomysł na, który wpadłem rano a on ku mojemu zdziwieniu zgodził się ze mną.
-Jared, nie robiłem tego od wieków, skompromituję się.
- Weź nie przeżywaj jak mrówka okres. Tego się nie zapomina, a myślisz, że ja jestem lepszy? Nie, dlatego umówiłem się z Fredem, on załatwi sprzet i nauczy Niko bo ja raczej nie jestem dobrym nauczycielem. Ty podobnie.
- I wierzysz, że się zgodzi? Leciała tu ponad 10 godzin i jedyne o czym myśli to pewnie łóżko.
- Nie musimy jej o tym mówić. Najważniejsze by ją wyciągnąć. Spróbuję.
- No to o której?
- O 18 na miejscu. A teraz cel kuchnia.
Kiedy zeszliśmy Veronica siedziała na sofie w salonie i namiętnie sprawdzała coś w komórce, zupełnie nie zauważając naszej obecności.
-Co tam na twitterze?
Krzyknąłem uradowany a ona jak na komendę podskoczyła i od razu wlepiła we mnie swój wkurzony wzrok.
- Nie zabijaj, tylko wstawaj w końcu obiad sam się nie zrobi, prawda Shanny? Nie ma nic za darmo.
Uśmiechnąłem się do brata ale ten tylko się odwrócił i udał do kuchni. Veronica w tym czasie wstała i stanęła teraz naprzeciw mnie z założonymi rękoma.
- Nie licz na to, że zrobisz sobie ze mnie niewolnicę, czekająca zawsze z obiadem bo się rozczarujesz.
Powiedziała to uśmiechając się i wymijając mnie, udała się za Shannonem do kuchni.
- Wystarczy mi Shannon a tak w ogóle to nie myśl, że się wymigasz. Skoro jesteś Polką to zrobisz nam pierogi i te… no jak to się nazywa..te…
- … kopytka!- z kuchni dobiegł mnie głos brata który bez problemu wymówił to dziwne polskie słowo. Skierowałem się w jego stronę.- Jared, mógłbyś nie robić wiochy i zapamiętać jedno słowo, a niby taki mądry jesteś.
Co mi tam, pomyślałem i spróbowałem to wymówić, ale to nie był to dobry pomysł.
- Kło…ko…klo..pie..tka!
Nie zdążyłem tego wymówić a oni już się śmiali. Veronica podeszła do mnie i pogłaskała po ramieniu, opanowując śmiech.
- Jesteś utalentowany, wierzę, że kiedyś to ogarniesz, spokojnie.
- Pierogi.- powiedziałem jedyne słowo, które znałem i udałem obrażonego.
W tym czasie Shannon wyjął na stół potrzebne składniki do obiadu i zwrócił się do Niko.
- Zostaw tego burka, chodź i mi pomóż. Zrobię ci moje popisowe danie. Naleśniki.
- Ha ha ha, żartujesz?
-Nigdy. Owoce, czekolada, naleśniki, mioooodzio. Sama zobaczysz, a teraz podaj mi tamtą miskę, młoda.
W tym momencie dostałem na BB wiadomość od Freda. Wszystko było gotowe, widząc, że moi „oprawcy” radzą sobie nadzwyczaj dobrze, przy okazji wesoło gawędząc postanowiłem się ulotnić, ponieważ Emma miała do mnie jakąś sprawę.
- Nie wiem jak to zrobicie beze mnie ale jak wrócę to chce mieć obiad na stole.
Uśmiechnąłem się do nich  złośliwie i wybiegłem z kuchni, z dali dobiegł mnie jeszcze okrzyk Shannona.
-A nogi też chcesz mieć!


***

Zostałam w kuchni jedynie z Shannonem bo Jared wybiegł jak poparzony, Bóg wie gdzie, byle z dala ode mnie, pomyślałam. W sumie to poznawałam go na nowo.  Póki, co nie chciałam przyklejać łatek, mimo wszystko nie znam ich.
Shannon pozytywnie mnie zaskoczył tym obiadem, a przy okazji mogliśmy sobie pogadać. Z każdą chwilą lubiłam go coraz bardziej.
- Wiesz, to jest mój specjalny przepis, nie możesz go nikomu zdradzić.- Shannon cały czas żartował, za co miał u mnie dużego plusa.
- Obiecuję. A co ty właściwie teraz robisz?
Shannon właśnie rozlewał ciasto na naleśniki do dwóch misek.
- Te są nasze a tych nie tykaj jak chcesz pożyć. Dla Jareda, wegańskie. Choć to mój brat to niektórych jego dziwactw nie czaję. Jak to nie jest dziwne, to ja jestem niedorozwinięty.
Nie odpowiedziałam nic ale spojrzałam na niego pytająco.
-  Zapamiętaj to jest DZIWNE. Zmieńmy lepiej temat bo da nam popalić jak się zbytnio wygadam. Opowiedz mi o swoich lękach, obsesjach, jakiś fascynacjach, hobby, co ty na to?
- No nie wiem… ale pytanie za pytanie?
- Stoi. No to… bez czego nie wyobrażasz sobie dnia?
- Kawa, blog, telefon, skype, słońce, muzyka i … skittles’y- wypowiedziałam te słowa prawie, że automatycznie, na końcu szeroko się uśmiechając. Mina Shannona, bezcenna!
- Wow… to na Alasce nie mogłabyś mieszkać.
Nastała moja kolej, postanowiłam nie zmarnować pytania.
- Czego się najbardziej obawiasz? Tylko bez czegoś w stylu Jareda, no wiesz… nie lękam się śmierci, bardziej obawiam się jałowego życia. Realna fobia.
- Boję się mafii, panicznie. Prawie tak jak Jared krwi.
Co??? Nie wytrzymałam, wybuchłam śmiechem. Łzy zaczęły same napływać mi do oczu.
- Serialnie, nie śmiej się! Jak widzę te ich samochody i tych typów to się wzdrygam.
- Nie wierzę… kto jak kto ale ty? Hahaha, Jared i krew? Jaja sobie robisz.
- Moja kolej, Young Lady. Czego TY się boisz, no, no?
Dopiero teraz przestałam się chichrać. Musiałam wyjawić moje lęki a nie lubiłam tego robić i pokazywać swoich słabości ale jak się wpakowałam…
- Mam klaustrofobię.
-Naprawdę? Holy moly. Czy…
- Tak, strasznie panikuję, po prostu jakiś koszmar. Ach i nie lubię wind, gdy tylko mogę, unikam ich. Uraz z dzieciństwa.
Shannon zaśmiał się, co wybiło mnie z równowagi. O co mu chodzi?, pomyślałam. Po chwili sam przemówił.
- A propos urazów to coś mi się przypomniało ale to musi zostać między nami.
Kiedy z Jaredem byliśmy młodsi to zawsze gdy coś jadł, wciskałem mu głowę do talerza. Nie patrz tak, to było takie zabawne! I teraz jest na to wyczulony więc nie przechodź mu za plecami jak coś je. Jak się nie boisz to kiedyś spróbuj, niezła frajda.
- Jesteś okropnym, starszym bratem Leto!
Wypowiedziałam to tonem parodiującym rodzica i oboje się zaśmialiśmy. Shannon właśnie zaczynał smażyć nasze naleśniki, a gra toczyła się dalej.
- Trzy rzeczy jakie byś zabrał na bezludną wyspę?- zapytałam.
- Mmmh daj mi pomyśleć… jakąś nimfomankę, need for speed’a, z dwa wagony fajek i  jeszcze oczywiście żelusie! Mniam.
Shannon zrobił minę marzyciela i nerwowo się oblizał, po czym podrzucił naleśnika. Był taki uroczy.
- Ale żeś wymyślił. Miały być trzy. Na twoim miejscu zrezygnowałabym z tych fajek bo wiesz latka lecą, a kondycha ci się przyda jak dobierze ci się do tyłka ta nimfomanka.
- Ha! Nie wiesz jeszcze na co mnie stać.- powiedział z dumą Leto, świdrując mnie swoim wzrokiem.- Niby skąd się wzięła ksywka Shanimal?
W tym momencie posłał mi jedno ze swoich spojrzeń, coś w deseń You know what I mean, a ja wybuchłam konwulsyjnym śmiechem. 
Znów była jego kolej.
- Najgłupsza rzecz jaką zrobiłaś?
- Nie chcesz wiedzieć.
Shannon skierował na mnie swój wzrok, który wyrażał jedno.
- Zjadłam kebab u chińczyka. Przynajmniej wydawało mi się, że to był kebab i lepiej nie pytaj co było w środku zamiast mięsa wieprzowego! To mnie utwierdziło w wegetarianizmie.
- Nie…
- Tak. A i jeszcze biegłam nago przez Hyde Park ale oszczędź mi wstydu i nie pytaj o nic więcej.- Shannon posłał mi zawadiackie spojrzenie, co za człowiek!- Wiesz, ja chyba pójdę na górę trochę się ogarnąć po podróży. Mogę cię zostawić?
- Jasne leć, napiszę do Jareda i za pół godziny będzie obiad. Acha, twój pokój jest na górze, po lewej, drzwi są otwarte. Niestety naprzeciw Jareda. To nie moja wina.
- Przeżyję chyba, co?- spytałam z nadzieją w głosie, na co Shann się zaśmiał.
- A jak nie to kupie ci stopery do uszu. Wiesz, bywa ‘głośno’.
Teraz to ja się zaśmiałam i pobiegłam do góry.
To, co ukazało się moim oczą lekko mnie zszokowało, nie żebym była rozczarowana ale liczyłam na coś więcej skoro był to dom Leto. Sypialnia była niesamowicie duża lecz prawie pusta i nie urządzona. Ściany były śnieżnobiałe, w pokoju stała komoda, ogromne łóżko, spora, przesuwana szafa i to by było na tyle, nie licząc bagaży, rzuconych na środku pokoju. Zupełnie bezpłciowe, nijakie, pomyślałam spoglądając jeszcze raz na moją przestrzeń. Dopiero po chwili dostrzegłam jeszcze coś, a mianowicie drzwi na mały taras. Od razu podeszłam do okna i wyszłam na zewnątrz. Widok stąd był piękny, centralnie na miasto, ponieważ dom położony był na lekkim wzgórzu. W rogu dostrzegłam składany, ogrodowy leżak, który natychmiast rozłożyłam. Zapaliłam skręta i położyłam się, czekając aż pierwsze promienie kalifornijskiego słońca ogrzeją moje ciało. Wcale nie będzie tak źle, z tą myślą poddałam się błogiemu ukojeniu marihuany…


***

Kiedy wróciłem do domu Veronica i Shannon siedzieli już w jadalni, wesoło gadając, cały czas czekając na mnie. Shannon się postarał, jego naleśniki były pyszne.
- Jak podoba ci się pokój? Postanowiliśmy dać ci wolną rękę w jego urządzeniu.-w pewnym momencie zapytałem dziewczynę.
- Dzięki jest świetny ale obawiam się, że go nie urządzę. Nie mogę wam siedzieć na głowie i niedługo coś sobie znajdę.
Była uparta i dumna, ale to moje będzie na wierzchu, pomyślałem.
- To nie jest na razie konieczne, ten dom i tak nie jest w pełni wykorzystany, a skoro masz nam pomagać to możesz tu mieszkać. Koniec tematu. Teraz czas na coś przyjemniejszego a mianowicie zabieramy cię dziś na plażę.
- Dokładnie i nie przyjmujemy sprzeciwu. O 17:30 ruszamy i masz zabrać strój kąpielowy, zrozumiano?- Shannon dołączył się do mnie.
Teraz Veronica nie miała już wyjścia.
- Czy naprawdę muszę, ja nie mam siły. No proszę was…
Próbowała się jeszcze bronić ale ja nigdy nie odpuszczam.
- Nie ma nawet mowy! Pierwsze, co powinnaś zobaczyć w L.A to właśnie ocean. Ten widok zapiera dech, kiedy to poczujesz, zrozumiesz.
Razem z bratem wbiliśmy w nią nasze spojrzenia, wiedziałem, że tego nie wytrzyma.
- Dobra! Wygraliście ale to, że tam z wami pojadę nie oznacza, że będę pływać.
- Zobaczymy.- rzuciliśmy zgodnie z bratem i zaczęliśmy sprzątać po posiłku.- My sprzątniemy, możesz iść na górę jak chcesz.
- Dzięki. Mam jeszcze jedną sprawę, skoro mamy razem mieszkać to ustalmy jedną zasadę.
Odruchowo spojrzeliśmy na nią, co ją najwyraźniej lekko speszyło.
- Szanujemy swoją prywatność i nie wchodzimy bez pukania. Tyle.
- Jasne- potwierdziliśmy.
- Myślałem już, że zażyczysz sobie podawać codziennie śniadanie czy coś ale skoro nie to luzik.- Shannon zażartował.
- Czy coś, brzmi ciekawie.- Veronica zaśmiała się i skierowała się na górę. Przypomniało mi się nagle o co miałem ją zapytać.
- Hej a tak w ogóle to ładny masz tatuaż- wskazałem teraz na swój i puściłem jej oczko.- A co masz wytatuowane na palcach?
- Wiem. – uśmiechnęłam się do mnie zawadiacko.- StruggleVictory Glory
- Bój, zwycięstwo, chwała. Epickie. Podoba mi się- powtórzyłem za nią ale jej już nie było, zabrałem więc naczynia i podążyłem w stronę zmywarki.
Po obiedzie Shannon gdzieś się ulotnił, rzucając jedynie przelotnie coś jakby Antoine i tyle go widziałem. Udałem się do swojego pokoju lecz po pewnym czasie braku zajęcia postanowiłem pójść do Niko. Oczywiście najpierw według instrukcji jakiej mi udzielono zapukałem, a słysząc ciche proszę, dopiero wszedłem.
-Hej, chciałem zapytać jak idzie rozpa….- nagle urwałem i się uśmiechnąłem widząc przed sobą ogromną stertę rzeczy.- …kowywanie ale już widzę. Jesteś lepsza niż ja, taki bałagan w przeciągu dwóch godzin. Tylko powinszować.
Leżała na łóżku a jej mokre włosy zwisały na podłogę. Zaśmiała się i podniosła do pozycji siedzącej.
- Nic mi nie mów, tak się dzieje jak wszystko wrzucasz jak popadnie.
- Skądś to znam, uwierz. A tak na poważnie to chciałem ci powiedzieć, że po weekendzie dokupimy jakieś brakujące wyposażenie.- podszedłem do niej i powoli usiadłem na łóżku.- Ach i najważniejsze. Klimatyzator pokojowy, mamy takie z Shannonem w sypialniach i strasznie pomagają znieść tutejszy upał, a jak ty sobie z nim radzisz? Pewnie spodziewałaś się lepszych warunków.
- Jasne liczyłam co najmniej na willę jaką ma Beyonce, a tu taka chatka.
Uśmiechnęliśmy się oboje a ona kontynuowała:
- Żartowałam, oczywiście. Nie lubię takiego przepychu a wasz dom jest w sam raz. A z upałem radzę sobie jak mogę.- tu pokazała mi swoje mokre włosy i otwarte okno.
Dotknąłem jej bajkowych włosów i przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Patrzyła mi w oczy a ja próbowałam zgadnąć co w niej siedzi. To ona odezwała się pierwsza, lekko speszona.
- Gdzie dokładnie idziemy na tą plażę?
- Venice, w pobliżu Westside. Plaża jest ogromna, ale jest tam jedno takie miejsce, nasze ulubione z Shannonem. Spodoba ci się.
- No ja myślę, inaczej nie radziłabym wam, ciągnąć mnie tam. Szczególnie dziś.
Z powrotem wróciła do pozycji lezącej a ja poniosłem się i skierowałem do wyjścia.
- Biorę to na siebie.- zatrzymałem się jeszcze w drzwiach.- Jutro jest sobota, masz jakieś plany?
- Pisałam dziś do Darrena, mamy się jutro spotkać i wszystko dokładnie obgadać, a potem raczej nie. A coś się stało?
- Nie, po prostu nie chciałbym ograniczać twojej wolności czy coś, dlatego wiedz, że nie musisz czuć się zobowiązana do ciągłego siedzenia w domu, z nami lub wychodzenia tudzież. Czuj się jak w domu i jak chcesz kogoś zaprosić to się nie krępuj. Jak wrócimy to pokażę ci cały dom.
- Póki, co znam tu parę osób, ale dzięki, to miłe z twojej strony.
- Po prostu czułem, ze powinienem to powiedzieć. A co do soboty, to jest taka mała impreza w domku nad jeziorem u Tomo i Vicki, zapraszali nas wszystkich.
Po tych słowach oczy dziewczyny rozjaśniały a na twarzy pojawił się wielki uśmiech. Nie dało się nie zauważyć jak lubiła Chorwata i cieszyła się, że pozna jego żonę.
- Naprawdę? Z przyjemnością.
Już miałem wyjść gdy zauważyłem na komodzie jej komórkę. BlackBerry. Spojrzałem na Veronicę, nie patrzyła w moją stronę więc chwyciłem ją w dłoń i szybko puściłem do siebie strzałkę a następnie zapisałem jej mój numer.
- Co ty robisz?
Krzyknęła wesoło, całkowicie mnie tym zakasując tak, że telefon wypadł mi z rąk (rzadko kiedy grzebię w cudzych telefonach). Szybko go podniosłem a ona podeszła do mnie śmiejąc się ze mnie.
- Wiesz skoro teraz z nami mieszkasz to muszę mieć cię na oku.- wytłumaczyłem się i oddałem jej telefon, szybko znikając. W sumie to chciałem mieć ją na oku...



***

Po tym jak Jared wyszedł, stwierdziłam, że jednak należało by chociaż spróbować ogarnąć ten chaos. Szybko wyciągnęłam z toby mojego ultrabooka i włączyłam muzykę. Padło na płytę happysad, Mów mi dobrze. Był to jeden z moich ulubionych polskich zespołów, a ta płyta był rewelacyjna. Spojrzałam na telefon, zostały mi trzy godziny do wyjścia.
Na pierwszy ogień poszła przesuwana szafa, należało ją wypełnić. Kiedy w końcu sterta troszeczkę się zmniejszyła, postanowiłam reszty nie wypakowywać, w końcu nie było tu nawet żadnych półek. Usadowiłam się ponownie na leżaku z laptopem na kolanach i zaczęłam pisać kolejną notkę na mojego bloga. Sprawdziłam jeszcze pocztę, co okazało się nie być głupim pomysłem, ponieważ wiele osób mnie „ścigało”. Nim uwinęłam sie z tą robotą, musiałam się już szykować.
Najpierw prysznic, to nic, że już trzeci dziś, pomyślałam i udałam się do łazienki licząc, że ten straszny upał nie podąży za mną. Owinięta w ręcznik ruszyłam na poszukiwanie tego nieszczęsnego stroju kąpielowego i jakiejś sukienki. Po pół godziny byłam już gotowa, włosy zaplotłam w warkocza i zeszłam na dół.
Oni czekali już w salonie.
- Jestem gotowa, to jak jedziemy?- zapytałam chłopaków i założyłam na głowę mój kapelusz. Jednocześnie wstali a Jared powiedział:
- Ładny, ale w tym domu to ja noszę kapelusze.- poprawił swój kapelusz. Zrobił minę naburmuszonego i wydął usta. Wyglądał komicznie, ale o to mu właśnie chodziło.
- O tym się jeszcze przekonamy a teraz w drogę. Panie przodem.- Shannon nas ponaglił i pokazał mi drzwi, ruszyłam.
Słońce choć było już późne popołudnie, wciąż raziło w oczy więc wszyscy w trójkę automatycznie założyliśmy nasze okulary, a Jared odruchowo  przejrzał się w swoim BB. Momentalnie prychnęłam śmiechem na, co on tylko zmierzył mnie swoim groźnym wzrokiem. Nie ośmieliłam się już chichrać ale widząc uradowaną minę Shanna wciąż się uśmiechałam. Od razu przyszło mi na myśl: Mów mi dobrze,tylko nie mów mi źle.

***

Od kilku dni non stop gwałcę przycisk replay słuchając happysad! Uwielbiam płytę Mów mi dobrze i polecam!( dlatego dodałam linki do piosenek)
W końcu go skończyłam, miałam dodać wczoraj ale dzięki temu jest dłuższy. Mam nadzieję, że wystarczająco długi :) Trochę pozmieniałam i teraz jest więcej dialogów by lepiej się czytało.

No cóż muszę się przyznać, że ten tydzień był jakiś totalnie zakręcony ( wyrabiam książeczkę sanepid., dzwonili do mnie z Eski Rock ale nie odebrałam :(, siatkarze zdobyli ZŁOTO!, dowiedziałam się że będę ciocią, widziałam się z moim chrześniakiem, zerwałam chyba z tone porzeczek, wiśni i malin :P, testowałam wodę w jeziorze i basenie, przefarbowałam włosy) i coś mi się wydaję że kolejny będzie jeszcze bardziej crazy! Och i za tydzień zaczyna się JAROCIN FESTIWAL! Żyję, już tylko tą myślą  20-22 lipca <3. I z utęsknieniem czekam na Olimpiadę w Londynie, 27 lipca! 
P.S. Ale i tak złoto siatkarzy przebiło wszystko! Jak ja niesamowicie wielbię ten sport.
P.S.S. Jeśli nie macie inspiracji do życia, polecam chodzenie na groch, na działkę o 22 z przyjaciółką :). Mniam, jedyne warzywo poza marchewką, które nigdy mi się nie znudzi!
P.S.S.S. Dzięki za wszystkie komentarze. Piszcie jak wam się podoba wtedy wiem co zmienić.

Provehito in altum!

 * Fragment piosenki Happysad, Ciało i rozum

10 komentarzy:

  1. świetne. Dziś jestem pierwszy raz na tym blogu. Ale bez obaw nadrobiłam wszystkie "rozdziały" :D
    Teraz z niecierpliwością będę czekała na nowy wpis. Na pewno napracowałaś się nad pisaniem, jeszcze raz gratuluję pomysłowości.

    ( Provehito in altum ) <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. inspiracje otaczają nas na co-dzień a z pisaniem jest jak z czytaniem- uzależnia i wciąga.
      Liczę na to że was nie znudzę ale pożyjemy, zobaczymy. I dzięki, że poświęciłaś swój czas :)

      Usuń
  2. Mary, pod którąś moją notką i Twoim komentarzem coś Ci napisałam, chcesz to poszukaj :)
    Czytam Twojego bloga od początku, mam Cię dodaną do obserwowanych, ale jakoś ciężko mi się było zebrać żeby skomentować ale dzisiejszy rozdział (taki zajebiście dłuuuugi) mnie zmobilizował.
    Podoba mi się jak piszesz, nigdzie czegoś takiego nie widziałam, taki inny styl, fotki wklejone w treść to super sprawa, no a długość Twoich rozdziałów... mmmm uwielbiam :)
    Pisz, pisz, szybko i dużo bo lubię to bardzo i ciekawa jestem wyprawy na plażę.

    Co do mojego bloga to już chyba się zorientowałaś, że to co piszę to nie jest opowiadanie a moje autentyczne życie, moje uczucia, problemy, frustracje i wszystko, wszystko totalnie prawdziwe i z mojego życia wzięte.
    Cieszę się, że do mnie trafiłaś a nawet coś skomentowałaś, masz rację, że dużo u mnie chaosu. Zawsze tak pisałam i często się tego wstydziłam- kiedyś, a teraz chyba się do tego przyzwyczaiłam. W moich komentarzach na WASZYCH (autorkach) blogach też to widać, tak już mam i chyba się tego nie oduczę.

    Pozdrawiam gorąco :) Marsowa Siostra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak czytałam wcześniejszy komentarz ;) cieszę się, że to co piszę podoba się ludziom a długość rozdziałów? tak zawsze wychodzi kiedy zbieram się do pisania a potem słowa same przychodzą a ja nie mam cierpliwości myśleć nad czymś "w skrócie". Nie obiecuję że zawsze będzie tak ale... być może :D a co do chaosu to cię rozumiem i to bardzo odważne pisać o sobie, pisać prawdę.

      Usuń
  3. Bardzo fajnie :) Wszystko powolutku się rozkręca, jestem ciekawa co będzie dalej, i czy Shannon czy Jared, ale pewnie Jared :D
    Żaneta ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "nic nie jest takie, jakim się wydaje..."

      Usuń
  4. Na wstępie okażę uwielbienie do tego zdjęcia w tle - jest przepiękne, za każdym razem jak je widzę, to się na nie gapię bez przerwy:) Jeszcze nie zaczęłam czytać, ale zauważyłam zdjęcia w tekście - świetny pomysł. Widzę że masz długie rozdziały, więc jak tylko będę miała więcej czasu to się zabiorę za nie, na razie próbuję się skupić na pisaniu u mnie kolejnego rozdziału, co idzie mi w prawdziwie ślimaczym tempie. Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny na moim blogu! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. co do zdjęcia, miałam dokładnie tak samo! lubię je bo Jared wydaje się być taki... ludzki?osiągalny? i przywodzi mi na myśl marzyciela :)

      Usuń
  5. Zgadzam się. Ludzki to najlepsze określenie na to zdjęcie. I daje info, że u dodałam nowy rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń

Followers

Sztuczna inteligencja:













Treść: Mary. Nagłówek: Alibi, 30 STM. Belka: Wait, 30STM. Adres: parafraza tekstu The Pixies. Obsługiwane przez usługę Blogger.