niedziela, 6 kwietnia 2014

50. Część II: Uparcie we dwoje płyńmy wciąż w przód *

edit: Grey
***

Po kolacji, która mija w atmosferze dużego zaskoczenia, całe towarzystwo przenosi się do ogrodu, gdzie czeka gotowy do zabawy Strider. Jared zostawił go przed wylotem do Australii u swojej mamy i od tego czasu wciąż tu jest. Constance przyzwyczaiła się już do owczarka, który z resztą pokochał ją równie mocno, co nas. Przysłuchując się rozmowie Jaya z mamą o pozostawieniu czworonoga u niej na dłużej, choć jest mi smutno, zdaję sobie sprawę, że to dla niego najlepsze rozwiązanie. Jareda wkrótce prawie wcale nie będzie w domu, a ja… Ja musiałam lecieć na Florydę.
 Wieczór jest ciepły i niemal bezwietrzny, co sprzyja długim rozmową pod bezchmurnym, ciemnym niebem. Zdążyłam już oswoić się z wiadomością o ślubie Constance, bowiem od momentu, gdy zdradziła mi tę nowinę, minęło sporo czasu. Zaś konkretna data czyni to wydarzenie dość realnym, że wkrótce się ziści. Obawiałam się reakcji Jareda, jednak on znów mnie zaskoczył, okazując spokój. Najwidoczniej sprawiła to szczera rozmowa z matką i powolne tempo przekazywania informacji, które musiał po prostu przeanalizować na swój sposób. Mając to na uwadze, wciąż nie mam pomysłu, jak zapoznać Jaya z niezbyt kolorową wizją na przyszłość.
 Z zamyślenia wyrywa mnie widok wchodzącego do domu Shannona. Przypomina mi to, że chciałam z nim porozmawiać. Nie chcąc zmarnować okazji, że wszyscy siedzą na dworze, podnoszę się i podążam za Shannem. Mam nadzieję, że w środku będziemy mieć chwilę, by spokojnie porozmawiać. Gdy wchodzę do kuchni, przyjaciel szuka czegoś w lodówce. Staję obok niego za drzwiczkami i dopiero kiedy je zamyka, nasze spojrzenia się spotykają.
- Pogadajmy.
- Muszę zanieść im sok pomarańczowy - odzywa się wymijająco, obracając w dłoniach kartonik z napojem, aż w końcu dodaje pośpiesznie: - Nie chcę marnować czasu, więc albo graj w otwarte karty albo się rozchodzimy.
- Dlaczego się tak zachowujesz?
- Ja? Mam ci przypomnieć, kto potraktował mnie jak intruza?
- Głupio wyszło - próbuję się wytłumaczyć, ale zaciętość Shannona z lekka mnie paraliżuje.
- To mało powiedziane. Przestraszyłem się, gdy lekarz powiedział, że jest jeszcze coś, a ty to kompletnie zlekceważyłaś.
Shannon opiera się o lodówkę i zakłada ręce na piersi.
- Przepraszam.
Choć wypowiadam tylko jedno słowo, wypływa ono wprost z mojego serca i mam nadzieję, że Shannon to poczuje. Gdy patrzy na mnie bardziej wyrozumiało niż jeszcze chwilę temu, zajmuję miejsce obok niego, tak, że stykamy się ramionami. Zbieram się w sobie i wtedy kontynuuję:
- Chcę byś był spokojny i nie zamartwiał się. Na szczęście nic poważnego mi nie dolega. Proszę, uwierz i niech znów będzie między nami po staremu. Co ty na to?
Shannon odwraca w moją stronę głowę, tak, że dzieli nas tylko parę centymetrów i nie spuszcza z oka.
- Co ci dokładnie jest?
Jestem w pułapce. Pod wnikliwym spojrzeniem mężczyzny nie potrafię kłamać.
- Mam pewną zmianę, którą trzeba operacyjnie usunąć. Lekarz powiedział, że jest niegroźna, muszę umówić się na operację i będzie po sprawie. To wszystko, nic wielkiego. Nie drążmy już tego, dobrze? Teraz mi wierzysz?
Shannon przez chwilę milczy i tylko mi się przygląda. Nawet, gdy szturcham go w  ramię i staram się uśmiechać, nie reaguje. Jego powaga sprawia, że mam ochotę się roześmiać, ale powstrzymuję się. W końcu się odzywa:
- Przyrzekasz, że nie bagatelizujesz?
Podnoszę do góry dwa palce.
- Słowo harcerza.
- Kiedy się tym zajmiesz? - Shannon dalej wypytuje.
- Nie chcę tydzień po tygodniu trafiać pod nóż. Ale wkrótce to zrobię. Na razie wypadła mi jeszcze jedna ważna sprawa do załatwienia, która nie może czekać. Chciałabym cię też prosić, byś nie wygadał się przed Jaredem.
- Dlaczego? Powiedziałaś, że to nic takiego, więc czemu ma się nie dowiedzieć?
- Tyle się dzieje, nie chcę go na razie tym zajmować. Są ważniejsze rzeczy teraz: promocja, płyta, teledysk. Wiem, że by się niepotrzebnie martwił.
- A ja wiem, że zmusiłby cię do tej operacji natychmiast - stwierdza bez ogródek Shannon, stając na równe nogi. - Też to wiesz i dlatego tak naprawdę mu nie powiedziałaś.
Przyglądając się przyjacielowi muszę przyznać, że szybko mnie rozgryzł. Shann ma rację. Chyba bardziej niż tego, że Jared martwiłby się o mnie, boję się świadomości, że zmieniłby mi plany, które już poczyniłam. W poniedziałek Jared wylatuje do Europy. Czekałam tylko do wtorku, wtedy miała odbyć się rozprawa w sądzie. Potem nie trzymało mnie już nic, mogłam lecieć na Florydę. Tylko mój plan miał niewielki szkopuł. Nadal nie wiedziałam, jak wytłumaczyć Jaredowi dwumiesięczny wyjazd.
- Myślę, że powinniśmy wracać. Nie doczekają się na ten sok - rzucam do Shannona, by przerwać zapadłą między nami ciszę i zamknąć temat. - Idziemy?
- Tak. - Mężczyzna rusza przodem i przepuszcza mnie w drzwiach. - Rozmawiałem z Jamiem i podobno Jared nie chce jechać na Coachellę.
- Nic o tym nie wiem.  A kiedy to jest?
Pytanie Shanna z lekka mnie zaskakuje, bo nie wiedziałam nic o festiwalowych planach.
- W ten weekend, od dwunastego do czternastego kwietnia. Mnie jakoś nie kręcą tego typu imprezy, ale Jay chodzi co roku, więc też byłem zaskoczony. Szczególnie, że umawiał się z Jamiem.
Docieramy do drzwi ogrodowych, które Shannon ponownie otwiera. Wychodzimy na zewnątrz i od razu dolatuje nas wesoły gwar rozmów.
- Może to przez ostatnie wydarzenia i pracę, której jest sporo - staram się wyjaśnić jakoś zachowanie Leto.
- Ostatnio mało rozmawiamy ze sobą, ale to nie znaczy, że się o niego nie martwię. Wydaje mi się, że takie wyjście dobrze by mu zrobiło, ale wątpię żeby mnie posłuchał. Uparł się i tylko pracuje.
Odruchowo spoglądam na siedzącego obok Jose, pogrążonego w rozmowie Jareda. Jego oczy wydają się być nieobecne, a skulona postawa sugeruje zniechęcenie. Wygląda na przemęczonego i choć oglądam go takiego od dnia wypadku, dziś w końcu uświadamiam sobie, że dalej tak nie może być. Muszę to jakoś przerwać.
- Dobrze, że mi o tym powiedziałeś. Postaram się z nim o tym porozmawiać i wyciągnąć z domu.
- Gramy w końcu w tej samej drużynie.
- Jakiej drużynie? - wtrąca, pojawiając się nagle za naszymi plecami Katia.
- Wzajemnej adoracji - żartuję sobie, na co Shannon zaczyna się śmiać. Widząc zdezorientowanie Katii, humor mężczyzny udziela się też mi.
- Jesteście okropni w ofensywie.
Po tych słowach przyjaciółki, Shannon przyciąga Katię do siebie i mimo jej protestów, całuje ją, aż w końcu oboje się śmieją. Przyglądając się tej zakochanej w sobie dwójce, do mojej głowy wpada myśl, której nie chcę. Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez Jareda, a jeśli będę musiała zacząć niedługo oswajać się z tą myślą? Nie…

***

Po powrocie od matki nie czuję się najlepiej. Nie chodzi już nawet o fakt, że Constance wychodzi za mąż za mężczyznę, który jest w moim wieku, bo z tym musiałem się pogodzić. Moją głowę wypełnia ogarniający mnie zewsząd chaos, który dezorganizuje całe moje myślenie Czuję się, jakby ktoś wysadził mnie nagle na rozdrożu i kazał szukać drogi. Po raz pierwszy w życiu nie mam pomysłu, jak naprawić to, co się zepsuło. Czy postępuje aby słusznie wyjeżdżając? Czy to pomorze mi zapomnieć? Wiem jednak na pewno, że nie zasnę z tym bałaganem myśli. Dlatego, gdy Veronica idzie do łazienki, ja wychodzę jeszcze do swojej pracowni na końcu korytarza, gdzie oglądam ostateczną wersję teledysku do „Up In The Air”.
Rozpoczyna się od ujęcia na nasze logo, a tajemnicza muzyka, podkreśla dziwną dramaturgię. Wtedy pojawiają się postacie: moja, Shannona i Tomo, przemierzające opuszczony magazyn. Po chwili przytrzymanego napięcia, ukazują się coraz różnorodniejsze obrazy, aż w końcu rozbrzmiewają pierwsze takty „Up In The Air” i zaczyna się szaleństwo, o które nam chodziło. Zmieniające się postacie, scenerie, zwierzęta, kolory. Każda scena stanowi wręcz osobną historię. Udało nam się zaangażować do występów akrobatów, szermierzy, ochotników walczących na farby, modelki, tancerzy, królową burleski, która ujeżdża mechanicznego byka, pirotechnika, bębniarzy taiko i masę ludzi, którzy chcieli się z nami zaszaleć, bo kręcenie tego teledysku było jedną wielką zabawą, co widać w koncepcie wideoklipu. Efekt ostateczny przeszedł moje oczekiwania. Całość co prawda odstaje od tego, co robiliśmy do tej pory, ale tego wymaga nasza  muzyka. Nowej nieprzewidywalności i otwartości na doświadczenia, a piosenka „Up In The Air” z pewnością nim jest.
- Chodź do łóżka.
Veronica pojawia się nagle w drzwiach i opiera głowa o futrynę. Jej głos jest słaby i pobrzmiewa w nim prośba. Ma na sobie szare, dresowe spodnie i moją czarną koszulkę z Nirvaną. Choć w normalnych okolicznościach nie musiałby tego powtarzać, to dziś mam ochotę zostać sam.
- Posiedzę tu jeszcze, ale ty idź się połóż. Widzę, że padasz z nóg - odpowiadam.
- Doprawdy? A kiedy ty widziałeś się w lustrze?
Kobieta przemierza dzielący nas dystans i staje między mną a biurkiem, tak, że opiera się o nie plecami, a ja otaczam ją kolanami.
- Obiecałeś, że będziesz o siebie dbał. Musisz się więc wysypiać - kontynuuje. - Staram się zrozumieć to, że masz teraz dużo na głowie, a w najbliższym czasie wcale nie będzie lżej, ale nie wolno ci zapominać o sobie.
- Przyszłaś prawić mi kazania?
Nim zdążam zastanowić się słowami, jest już za późno. Veronica przygląda mi się i milczy, a ja nie potrafię nic wyczytać z jej twarzy. Gdy chcę ją przeprosić, ucisza mnie ręką zanim mówię cokolwiek i odzywa się:
- Shannon powiedział mi o twoich planach na Coachellę, a może raczej powinnam powiedzieć o ich braku.
Stwierdzenie Veroniki sprawia, że się prostuję. Zaczynam wyczuwać, o co jej chodzi.
- Co w tym dziwnego? Nie mam ochoty tam jechać - odpowiadam i wyciągam się na oparciu obracanego fotela, by wyprostować plecy. Dziewczyna nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Wiem, że lubisz tę imprezę, bo jeździsz na nią co roku, gdy tylko jesteś w domu.
- To prawda.
- Może więc… takie wyjście to dobry pomysł, by trochę odpocząć od tego wszystkiego. - Kobieta gestykulując, pokazuje przestrzeń wokół siebie. - Mogłoby być całkiem fajnie.
Przyglądam się, jak Veronica siedząc na biurku, bawi się palcami swoich dłoni. Ten z pozoru prosty gest od razu działa na moją głowę, która momentalnie przywołuje wspomnienie o Annabelle. Ona też często tak robiła, gdy odwiedzała mnie w studiu.
- Twoja mama uważa, że powinieneś wychodzić, żyć normalnie, tak, jak przed… wypadkiem, bo wasi fani mogą zacząć coś podejrzewać. Media nie powiązały cię z Annabelle, ale nie oznacza to, że nie zrobią tego ludzie.
Słowa dziewczyny sprawiają, że wracam myślami na ziemię.
- Nienawidzę tego słowa. Fani.
- Słyszysz, co mówię? - Veronica zbliża się do mnie i opiera o moje kolana. -Zgadzam się z nią i chcę ci pomóc.
- I dlatego wyciągasz mnie na cholerny festiwal?!
Podnoszę głos, bo mam już dość tego tematu. Wszyscy wiedzą lepiej ode mnie, czego potrzebuję. Świetnie.
- Ile razy mam powtarzać: nie mam ochoty tam jechać! - kontynuuję, przyglądając się Veronice. Może teraz w końcu to zrozumie. - Nie potrafię się teraz bawić. Nie zmienię zdania, więc odpuść, ale jeśli ty masz ochotę, oddam ci bilety i zabierz tam Katię z Shannonem. Dla mnie ten temat jest skończony.
Zdejmuję ręce Veroniki z kolan i podnoszę się. Podchodzę do okna, z którego widać nocne Los Angeles i przez moment, w którym panuje cisza, zatapiam się w tym widoku. Gdy opadają emocje, nasłuchuję kroków wybiegającej Veroniki, ale zamiast ich słyszę:
- Dlaczego mnie tak traktujesz? Nie jestem twoim wrogiem...
Ton jej głosu jest jeszcze słabszy.
- Czasem wydaje mi się, że w ogóle cię nie znam, ale wtedy uświadamiam sobie, że to przez sytuacje, które są obce… Nie oddalaj się ode mnie.
Odwracam się i przez chwilę znów widzę w niej Annabelle, ale wiem, że to złudzenie. Zamykam oczy, a gdy je otwieram, zostaje tylko Veronica.
- Nie masz pojęcia przez co przechodzę i nie jesteś w stanie mnie zrozumieć. Gdyby tak było, przyjęłabyś moją decyzję. To mimo wszystko było… moje dziecko.
- A więc to tak… - odpowiada Nicky i widzę, jak uspakaja nerwowy oddech. Zmartwienie  przechodzi w złość, a kobieta pośpiesznie odgarnia wpadające na twarz włosy. - Miło jest się dowiedzieć, co tak naprawdę myślisz! Uważasz, że poronienie Annabelle obeszło mnie mniej niż ciebie, bo chcę byś gdzieś wyszedł?! Ja nic nie rozumie?! Jak w ogóle śmiesz tak mówić! Odpowiedz!
Krzyczy, co sprawia, że się otrząsam. Podchodzę do Veroniki, ale ona wyciąga rękę, tak, że mnie zatrzymuje.
- To nie tak, źle to ująłem, ale faktem jest…
- Zostaw! - odpycha mnie i robi dwa kroki do tyłu. - To nie ty byłeś z nią w tym aucie, więc nie masz cholernego prawa mówić mi, co rozumie, a co nie!
Pokazuje na mnie palcem i dostrzegam, jak jej oczy stają się zupełnie obce. Zupełnie tak, jakby krzyk zmieniał ją w inną osobę. Mimo że jest wściekła, dostrzegam, że drży. 
- Nie mam pojęcia przez co przechodzisz?! A ty pomyślałeś, co ja czuję?! Jak jest mi ciężko, widząc, jak winisz się za śmierć tego dziecka?! Staram się wspierać cię, jak tylko mogę, ale nie ułatwiasz mi. A jeśli masz już kogoś obwiniać, niech to będę ja! Idź na całość.
- Co ty do jasnej cholery wygadujesz?!
Jej słowa działają na mnie, tak, jak zamierza, bo staję na równe nogi i jestem ponownie wzburzony.
- Nie uwierzę, że nie obwiniałeś mnie za to, co przydarzyło się Annabelle! No dalej! Powiedz mi to, skoro jesteś już taki szczery! Wylej wszystkie żale!
- Jak możesz?! - pytam, opanowując się, by nie złapać jej za ramiona i potrząsnąć za nie tak, by wróciła do siebie, bo zupełnie jej teraz nie poznaję. Przeraża mnie. Stoimy w odległości wyciągniętej ręki, ale żadne z nas się nie porusza. Oczy, które kocham za tlące się w nich iskierki radości, teraz wypełnione są łzami.
- Jak JA mogę?! Przecież ja cię wcale nie rozumie!
- Przestań już! - odpowiadam tak głośno, że mam wrażenie, że moje słowa niosą się echem po domu. Do głosu dochodzi moja władcza natura. Odruchowo też ściskam jej nadgarstek, którym potrząsam. Veronica, jak na komendę milknie i wpatrując się we mnie pustym, pozbawionym wyrazu wzrokiem za łez, wyrywa mi rękę. W ciągu tej krótkiej chwili zauważam, jak wielka zmiana zaszła w jej nastawieniu.
- Masz rację… nie mogę tak.
W brązowych oczach dostrzegam zranienie. Poddaje się. Gdy puszczam w końcu jej rękę, wycofuje się z pomieszczenia i znika, a ja stoję osłupiały w bezruchu. Chyba nie dowierzam w całą tę sytuację. Nie tak miała potoczyć się ta rozmowa. Słyszę trzask zamykanych drzwi i chcę pójść za Veronicą, ale coś wewnątrz mnie powstrzymuję. Przysuwam sobie jedną ręką fotel i szybko siadam, by nie pozwolić sobie rozpaść się na kawałki. Nie chcąc dopuścić do głosu żalu, ogarnia mnie złość na samego siebie. Ukrywam twarz w dłoniach, gdy ponownie słyszę trzask drzwi, a następnie oddalające się kroki i skrzypienie drewnianej podłogi. Ten dźwięk działa na mnie mobilizująco, ponieważ w jednej chwili zrywam się z fotela i wybiegam na korytarz.
- Dokąd ty idziesz? - krzyczę, ale Veronica nawet się nie zatrzymuje. - Chcę porozmawiać!
Zbiegam za nią po schodach. Widzę, że wciąż ma na sobie piżamę, zarzuciła tylko skórzaną kurtkę. Doganiam ją przy wyjściu, gdy zakłada trampki.
- Wiesz, która jest godzina? - kontynuuję, próbując jakoś ją zatrzymać i sprawić, by na mnie spojrzała. - Jest po pierwszej. Nie puszczę cię nigdzie w środku nocy.
Dopiero, gdy trampki są już na jej nogach i podnosi się do pionu, spogląda na mnie. Na twarzy Nicky malują się obojętność i chłód, które przyprawiają mnie o szybsze bicie serce. Nie mogę jej puścić, bo wiem, że wtedy ta bezsensowna kłótnia nas podzieli. Veronica wciąż milczy i próbuje mnie wyminąć, ale łapię ją za ramiona i zatrzymuję w miejscu.
- Nie odezwiesz się już do mnie?
-  Wyjdę stąd, czy ci się to podoba, czy nie. Puszczaj.
- Nie zamierzam.
Po tych słowach, które zaskakują mnie samego, bo nie spodziewałem się, że jej zawziętość tak podziała na moją zaborczość, Veronica zaczyna ze mną walczyć i desperacko próbuje zrzucić z ramion moje dłonie. Nasze szamotanie trwa dobrą chwilę, bo żadne nie chce odpuścić i mimo że zachowujemy się kompletnie jak dzieci, jest w tym działaniu pewna logika. Strach przed porzuceniem? Być może.
- Do cholery, Jared! Pozwól mi stąd wyjść. - W końcu Veronica odpuszcza, przestaje mnie okładać i obraca się. W jej drżącym głosie słyszę niemalże błaganie.  - Nie potrafię teraz z tobą rozmawiać… Muszę odetchnąć… Puść mnie.
- Tego właśnie chcesz?
Veronica ma zamknięte oczy i spuszczoną lekko głowę. Stoi tak bezbronnie, że nie potrafię dłużej jej obezwładniać. Zabieram ręce i pozwalam jej się odsunąć. Nic nie mówi, odwraca się i odchodzi, zostawiając za sobą pustkę.
- Nie chciałem… - szepczę, gdy zamyka za sobą drzwi.
Nie wiem, czy słyszy, czy nie. W tej chwili już nic się nie liczy. Jednak nim zdążam popaść w przygnębienie, w myślach odzywa się moje alter ego, które w ostatnim czasie raczy mnie prześladowczymi snami z małym chłopcem w roli głównej. Bart w mojej podświadomości stworzył zupełnie inną wersję całego zajścia.
Co jeśli to nie jest moja wina? Sama zaczęła i mnie sprowokowała, a teraz chce bym się obwiniał o jej odejście…

***

Po wyjściu z domu dokładnie wiem, gdzie chcę się znaleźć i mimo późnej pory jadę do przyjaciółki. Katia jest jedyną osobą, u której spokojnie mogę się schronić i znaleźć odwagę, by trzeźwo spojrzeć na moją kłótnię z Jaredem. A najgorsze są  w tym wszystkim słowa mężczyzny, które choć staram się wymazać z pamięci, nie chcą zniknąć. A ja nie chcę ich pamiętać. Oskarżenia o niezrozumieniu pieką niczym otwarta rana, jednak mój umysł usilnie dopuszcza je do świadomości, sprawiając, że jestem na granicy kompletnego załamania się. Gdybym została przy Jaredzie jeszcze chwilę dłużej, wiem, że obwiniłabym go o wszystko, co mnie gryzie, a nie mogę tego zrobić. Czuję, jak każdy milimetr mojej skóry drży rozdygotany i to powoduje, że z trudem prowadzę auto. Jestem rozkojarzona i jadę niemalże na wyczucie, więc gdy docieram pod blok przyjaciółki, oddycham z ulgą, że to już koniec. Na górze okazuje się jednak, że nie do końca.
Dzwonię, ale nikt nie otwiera. I w tej chwili jestem wściekła na samą siebie. Bezwiednie walę ręką w zamknięte drzwi i osuwam się na podłogę. Dlaczego nie przewidziałam, że Katia jest u Shannona? Siadając na zimnej posadzce, po chwili zastanowienia wyciągam telefon. Poza ich dwójką nie mam tu nikogo, komu mogę zaufać. Powtarzając to sobie w myślach, próbuję się nie rozpłakać.
Halo?
- Hej, przepraszam jeśli cię obudziłam - odpowiadam, gdy Katia odbiera komórkę.
No co ty. Nie spałam jeszcze. Co tam? Masz przybity głos.
- Nie wiem, jak to powiedzieć…
Co się dzieje? Mów bez ogródek. Zaczynam się bać.
Przez moment jeszcze się waham, czy powiedzieć przyjaciółce, że siedzę pod drzwiami jej mieszkania i wtedy słyszę w słuchawce szept dopytującego się Shannona: „Veronica? O co chodzi? Coś z Jaredem?”.
- Przepraszam, nie powinnam ci przeszkadzać, ale… mam tylko ciebie.
Co ty wygadujesz?! Jakie przeszkadzać? Mów natychmiast, co się dzieje. Kochanie, nie dzwoniłabyś o tej porze bez powodu, więc błagam, nie kłam. Chodzi o Leto, tak? - Katia jest już lekko zdenerwowana, co przekłada się na jej wypowiedzi, które zaczynają wypełniać emocje.
- Jestem pod twoim mieszkaniem.
Słucham?! Ale jak to?!
- Chciałam się z tobą zobaczyć, ale nie przemyślałam tego. Mogłam zadzwonić - tłumaczę. - Pokłóciłam się z Jaredem.
- Jestem u Shannona… Widziałam, jak zachowywał się dziś na kolacji. Chryste, o co poszło? Bo sądząc po tym, że jesteś u mnie raczej nie było to rozlane mleko. Co ci powiedział?
- To… Nie powinnam obarczać cię każdym moim kłopotem. Niestety za późno o tym pomyślałam. Nic takiego aż się nie stało. Jest środek nocy, pogadamy o tym jutro, okej? - Próbuję udawać i okazać obojętność, jednak drżący głos mnie zdradza i sprawia, że nie przekonuję samej siebie, a co dopiero Katii.
Chyba sobie żartujesz?! Co zamierzasz teraz zrobić? Jeśli naprawdę pożarłaś się z Leto, to nie wrócisz dopóki nie ochłoniesz. Znam cię nie od dziś i nie próbuj ściemniać, dobra? Nie ruszaj się stamtąd, słyszysz? Przyjadę.
- Nie! Nie ma sensu żebyś się tu tłukła… - protestuję.
Choć staram się ze wszystkich sił wypaść przekonująco, sytuacja miażdży mnie, a do głosu dochodzą emocje, które w końcu wywołują łzy. Ale walczę z nimi i kontynuuję:
- Katio, naprawdę sobie pora…
Masz tam siedzieć i czekać, rozumiesz?
 Do rozmowy wtrąca się nagle Shannon, który stanowczo mi przerywa. Jego głos brzmi tak poważnie, że ocieram łzy.
- Shann?
Jadę po ciebie, więc nawet nie myśl się wygłupiać. Będę za pięć minut - odpowiada mi, po czym słyszę, jak oddaje telefon Katii. Jego nagła interwencja zaskakuje mnie. Po chwili znów słyszę Katię:
Shannon właśnie założył bluzę i wyszedł. Przynajmniej jestem spokojna, że dotrzesz tutaj cała.
- Powinnaś go zatrzymać. Teraz jest mi głupio, że wam przerywam…- odpowiadam, mając pierwsze wyrzuty za niepokojenie moimi humorami Shannona.
Naprawdę palnę cię w łeb za takie gadanie! Masz szczęście, że zadzwoniłaś. To jak, powiesz mi co się stało?
Czy to za sprawą bezpieczeństwa, które swoją troską zapewniają mi przyjaciele, czy po prostu potrzebą zrzucenia z pleców ciężaru, otwieram się i opowiadam Katii o rozmowie z Jaredem. Czekając na przyjazd Shannona, relacjonuję dokładnie całe zajście i to jest po części jak oczyszczenie. Pozbywając się przytłaczających mnie smutków, czuję się wolniejsza, choć nadal zraniona. Ból, który wyrządził mi Jared swoimi oskarżeniami, nie zniknie tak szybko. Najgorsza prawda nie zrani tak, jak kilka słów najbliższej osoby. A dotknęło mnie to szczególnie mocno, bo mógł powiedzieć mi wszystko z wyjątkiem tego, że nie potrafię go zrozumieć. Kto jak kto, ale on nie miał do tego prawa. Nie zaangażował się ani fizycznie w wypadek, ani psychicznie, bo przyznał, że wyparł się dziecka, a ja przełamałam się i zdążyłam je już pokochać. Grałam w otwarte karty, starałam się jak mogłam, by ten wypadek nas nie podzielił, nie naciskałam Jareda i to widocznie był mój błąd. Teraz przynajmniej wiem, że jest coś z czym Jay chciał zmierzyć się sam, ale to go pokonało.
Moje rozmyślania przerywają kroki Shannona, który wbiega na piętro. Gdy podnoszę głowę, mężczyzna od razu kuca obok mnie i obejmuje ramieniem. Po jego twarzy widzę, że odetchną z ulga na mój widok i nie trudno mi się domyśleć, że pewnie jechał tu siedząc jak na szpilkach. Opieram głowę o jego klatkę, a on uspokaja oddech.
- Hej.
- Myślisz, że gdy ktoś usilnie stara się poradzić sobie z czymś sam, powinno mu się na to pozwolić? - pytam i widocznie zaskakuje go tym, ponieważ odsuwa się tak, by móc na mnie spojrzeć, ale ja nie odrywam wzroku od swoich trampek.
- Zależy co to takiego. Są rzeczy, z którymi nie może zmierzyć się nikt inny oprócz nas. Na przykład człowiek musi przetrawić niektóre rzeczy, by potem uczyć się na błędach.
- A czy można znienawidzić w końcu kogoś, komu… za bardzo zależy?
- Nienawidzić za troskę?!
- Raczej natręctwo.
- Chyba domyślam się, o czym mówisz - odpowiada mi Shannon, po czym podnosi się i wyciąga do mnie rękę. Podaje mu ją i po chwili oboje jesteśmy na nogach. - Nie da się nienawidzić kogoś, kogo się kocha. Można próbować ze wszystkich sił, ale nawet jeśli cię zrani, nigdy nie będziesz potrafił nienawidzić i stąd cała frustracja. Tym bardziej, gdy komuś zależy. Co tym razem zrobił mój brat?
- Sama już nie wiem. Wszystko się rozsypało.
- I dlatego tutaj jesteś? - W głosie Shannona pobrzmiewa zmartwienie.
- Jak mam nabrać do tego dystansu?
- Znam tylko jeden sposób.
Moje pytanie jest właściwie retoryczne. Przez chwilę oboje milczymy. Oczy przyjaciela tracą swój radosny wyraz na rzecz tajemniczości, która gdzieś w środku przyprawia mnie o lęk. I choć bronię się przed mentalnym uświadomieniem, przegrywam walkę, czekając aż Shannon powie na głos to, czego nie chcę usłyszeć.
- Może powinnaś dać sobie z Jaredem trochę czasu.
- Może.
Robię krok do przodu i przytulam się do Shannona, a on odwzajemniam gest, zamykając mnie w niemalże niedźwiedzim uścisku. Tego właśnie potrzebowałam. Potwierdzenia, że wybieram dobrze, że nie chodzi tylko o moje dobro. Czasem te najtrudniejsze rozwiązania przynoszą największe efekty. Nikt nie obiecywał mi, że związek z Jaredem będzie samą przyjemnością. Mimo pojawiających się przeszkód, zbudowaliśmy coś na tyle wyjątkowego, że chcę o to walczyć. Trwamy tak w uścisku jeszcze przez chwilę, aż w końcu przyjaciel bez słowa zabiera mnie do swojego domu. Mijając pogrążone w nocy Miasto Aniołów, w myślach uciekam ku jednej tylko myśli.
Czy Jared przyłączy się do mnie, a może będziemy po dwóch stronach barykady?
Czy zrozumie moje wybory?

***

Po wydarzeniach z nocy, które wyprowadzają mnie z równowagi, z trudem mogę położyć się spać. Gdy w końcu po kilku godzinach padam ze zmęczenia, dręczą mnie koszmary, w których przeplatają się obrazy Annabelle. Niektóre z nich są wspomnieniami, które pochodzą z odległych czasów, ale zdecydowana większość stanowi niedaleką przeszłość. We wszystkich wizjach jestem uwięziony i nie mogę nic zrobić: pobiec, dotknąć, uciec. Po prostu jestem uwięziony w ciele, które tak naprawdę nie jest moje, ponieważ nie sprawuję nad nim kontroli. W ostatniej z wizji zanim się budzę, gonię Annabelle przez zatłoczoną ulicę, lecz tłum jest tak gęsty, że się gubię. W jednej chwili ludzie mnie osaczają i przytłaczają, a gdy nie mogę się wyrwać, otwieram oczy.
Wpadające do pokoju światło, oślepia mnie, gdy podnoszę się z łóżka. Sprawdzam godzinę na komórce i jestem w lekkim szoku. Jest przed południem i z trudem dowierzam, że tyle spałem. Patrząc na potargane łóżko, wiem, że niespokojnie się kręciłem, ale widocznie zmęczenie wzięło górę. Zatrzymuję się na środku pokoju i przez moment nasłuchuję. Poza świergoczącymi na zewnątrz ptakami, w domu panuje kompletna cisza. Nie mam żadnych wiadomości od Veroniki i nie łudzę się, że wróciła. W jednej chwili też przypominam sobie wczorajsze rozmyślania i to sprawia, że dzwonię do Jamiego. Odbiera po trzech sygnałach.
Hej, Jared.
- Cześć, Jamie. Słuchaj… zmieniłem zdanie. Chcę jechać na Coachellę. Umawiałem się z tobą i nie powinienem potem tego odwoływać.
Miałeś prawo, rozumiem ile ostatnio było na twojej głowie.
- W każdym razie teraz chcę się zabawić i nadrobić muzyczne zaległości. Chcę zobaczyć Rodriqueza, Alt-J, jestem ciekawy Biffy Clyro i muszę porozmawiać z DJ Harvey, o jednym z syntezatorów, którego używa. Poza tym Zane Lowe chcę dogadać szczegóły w sprawie występu i audycji. To jak? Mogę na ciebie liczyć?
Człowieku, jesteś nieprzewidywalny. W odróżnieniu od ciebie ja nie poczyniłem jeszcze planów, więc jestem do twojej dyspozycji.
- Świetnie. To tylko kilka małych spraw biznesowych przy okazji spotkania ludzi z branży. Nie traćmy czasu.
Masz rację, impreza już się rozkręciła. Mam po ciebie przyjechać? Mamy bilety?
- Byłoby dobrze. Emma wyposażyła mnie w niej już jakiś czas temu. Wyrobisz się w godzinę?
- Jasna sprawa, szefie. A i najważniejsze pytanie, czy nocujemy na miejscu żeby nie wracać?
- Mamy rezerwację w hotelu, więc nie może przepaść.
Okej. Wyczuwam ostrą imprezę z dj-ami.
To stwierdzenie sprawia, że zaczynam się śmiać. Ja nie imprezuję, ale nie mogę powiedzieć tego o Reedzie.
- To w takim razie czekam na ciebie.
Po telefonie do przyjaciela nie mam już wątpliwości. Veronica nalegała, bym wyszedł z domu, a ja właśnie to miałem w planach. Może jeśli mnie nie zastanie, zrozumie, jak to jest martwić się kogoś. Chciała ode mnie odpocząć, więc jej to ułatwiłem. Siadając na łóżku wyciągam kartkę i przez chwilę zastanawiam się, co napisać w wiadomości, którą chcę dla niej zostawić. A im dłużej myślę, tym większe wątpliwości mnie dopadają.

***

Wczoraj wyszło zupełnie nie tak, jak chciałem. Oboje daliśmy się ponieść emocjom, które dopiero teraz opadają i odsłaniają to, co pozostaje między nami. Uwierzyłabyś dziś, że boję się o nas?
Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale wiem,  że miałaś rację. Muszę funkcjonować normalnie. Odetchnąć ze spokojem. Napisałem w swoim życiu setki piosenek, a teraz jak nigdy brakuje mi słów. Powinienem się wytłumaczyć, ale nie potrafię zrobić tego na papierze. W ogóle nie mam pojęcia, czy będziesz chciała jeszcze ze mną rozmawiać i czy przeczytasz ten list. Nigdy tak nie krzyczałaś, jak wczoraj.
 Nie chcę byśmy się pozabijali, więc wrócę dopiero w niedzielę.
Nie karz mi wierzyć, że to już koniec.
Nigdy Ci tego nie powiedziałem, ale nie raz przewyższyłaś mnie mądrością, chroniąc przed megalomaństwem.

Dziękuję. Jared

Przerzucając wzrok pomiędzy następnymi linijkami tekstu i czytając po raz kolejny list, który zostawił mi Jared, przez dobrych kilka minut nie potrafię się otrząsnąć. Kartka stała na blacie kuchennym, a obok niej leżał karnet na Coachellę, który teraz spoczywa w mojej dłoni razem z listem. Nie jestem upośledzona umysłowo, a mimo to nie rozumiem niczego poza tym, że Jared wyjechał. Chociaż po zastanowieniu nawet i tego nie mogę logicznie wytłumaczyć, gdyż jeszcze kilka godzin temu dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty na takie imprezy.  A teraz znika. Im dłużej przyglądam się małemu, vipowskiemu kartonikowi z kolorowymi napisami, zapraszającemu na festiwal, tym lepiej wiem, że nie trzeba być idiotą, by domyśleć się, że Jared chciał wywołać tym moją reakcję. Co zrobię - decyzja należy do mnie.
Odkładając kartkę i bilet na stół, podchodzę do okna w salonie i przyglądam się przesiąkniętemu czerwienią słońcu, które powoli zbliża się ku zachodowi. Zostało kilka godzin do zmroku. Praktycznie cały dzień spędziłam z Katią i Shannonem, zbierając się na rozmowę z Jaredem i dzięki temu mam pewność, że jestem gotowa. Jednak co mi po tym, skoro nie mam z kim rozmawiać? Tym samym boję się, że jeśli teraz odłożę to na bok, stracę pewność, którą dopiero co zyskałam. Ponad to jestem gotowa, by powiedzieć Jaredowi o wyjeździe na Florydę. A jeśli będę zwlekać do niedzieli, nie wiem czy nie stchórzę, bo to zaraz przed wylotem do Europy.
Przywołuję w myślach ostatnią linijkę listu i to sprawia, że podejmuję natychmiast decyzję. Idę na górę i wyciągam z szafy ubrania, które mam zamiar założyć oraz torbę, do której wrzucam parę kosmetyków, szczoteczkę, bieliznę, krótkie spodenki i koszulki na zmianę. Zdejmuję ubranie pożyczone od Katii i nie tracąc czasu zakładam to, co wpada mi w ręce: jasne dżinsy z przetarciami, które podwijam ponad kostkami, czarną koszulkę z Radiohead i komiksem oraz ulubione czerwone trampki. Do tego odnajduję moje przeciwsłoneczne okulary, ładowarkę do telefonu i oglądając się po raz ostatni za sobą, wychodzę.
Gdy po godzinie docieram na miejsce festiwalu, do Coachelli, wpadam w lekką panikę. Gdzie nie spojrzę, po całej miejscowości zaparkowane są auta, których są setki, nie mówiąc już o tych w ruchu. Im bliżej terenu festiwalu, tym gorzej się jedzie. Z każdej strony przemieszczają się ludzie, niesamowicie trzeba uważać, bo wychodzą na ulice.  Drogi coraz bardziej się rozwidlają i to sprawia, że w końcu piszę do Jareda, że jestem na miejscu. Nie wiem, gdzie jechać, więc zatrzymuję się na poboczu. Czekając na odpowiedź nasłuchuję dobiegającej ze scen muzyki, jednak dźwięki zlewają się w hałas i nie potrafię wyłapać, kto właśnie daje koncert. W końcu dostaję odpowiedź:
„Zatrzymaliśmy się z Jamiem w hotelu Rialto. Policjanci kierujący ruchem wskażą ci drogę. Zostaw tam auto. Pokój 215, rezerwacja na nazwisko Reed. Spotkamy się w środku. Cieszę się, że tu jesteś. xo”
Postępując zgodnie z instrukcjami Jareda, po dziesięciu minutach udaje mi się dotrzeć bez większego problemu na miejsce. W recepcji dowiaduję się, że jestem zameldowana i dostaję kartę do pokoju dwieście piętnaście. To mi uświadamia, że Jared po raz kolejny mnie przejrzał, dobrze wiedząc, co zrobię. A może po prostu wierzył i się nie zawiódł? Teraz nie ma to znaczenia. Jestem tu, a o to chodziło.
Dopiero gdy wchodzę do hotelowego pokoju i siadam na wielkim łóżku, uświadamiam sobie, jak bardzo się denerwuję. Kładę się na plecach i przyglądając swoim drżącym dłoniom, powtarzam sobie w myślach, że dam radę. To czekanie tak na mnie działa, więc gdy drzwi się otwierają i wchodzi Jared, mało brakuje bym nie zerwała się na równe nogi, ale zamiast tego tylko szybko podnoszę się do pozycji siedzącej. 
Jared zamyka za sobą drzwi i opiera się o nie. Przyglądamy się sobie i wiem, że któreś z nas w końcu będzie musiało się odezwać.
- Wiedziałeś, że przyjadę - stwierdzam, a on delikatnie się uśmiecha.
- Czułem.
- Nie wiem, dlaczego się uśmiechasz. Musimy bardzo poważnie porozmawiać i być może nie wszystko, co powiem, spodoba ci się.
Na twarzy Jareda pojawia się wyraz zmieszania, podchodzi do mnie.
- O czym ty mówisz?
Siada obok mnie i ani na chwilę nie spuszcza z oka.
- Myślę, że powinniśmy dać sobie trochę czasu. Oboje go potrzebujemy na poukładanie naszych uczuć.
- To nie jest to, o czym myślę? Powiedz mi - dopytuje się Jared, a jego oczy robią się niespokojne.
- Nie wiem, o czym myślisz, przecież cię nie rozumiem. W każdym razie chodzi mi o przerwę, która wiem, że wyjdzie nam na dobre, bo każde z nas musi poukładać sobie parę spraw. Przekonałeś mnie, że nie umiem ci pomóc - mówię najspokojniej, jak tylko potrafię. - Ty wyjeżdżasz pojutrze do Europy,  a  potem zacznie się promocja płyty w Stanach, więc i tak nie mielibyśmy wiele czasu dla siebie. A ja…
- Co ty?
Jared łapie mnie z rękę i zmusza do spojrzenia na siebie.
- Pamiętasz, jak wspominałam ci o Oriane? - Mężczyzna kiwa głową. - Wyjeżdżam do niej na Florydę na dłuższy czas. To już postanowione…
- Słucham?! Wyjaśnij mi to, bo chyba się zgubiłem.
Jared chwyta mnie za podbródek i lekko potrząsa, jakby nie dowierzał w moje słowa, a ja mam ochotę się rozpłakać. Jednak biorę głęboki oddech i obejmując jego twarz dłońmi, zaczynam opowiadać to, co usłyszałam od tajemniczego Lexa Raydera. Gdy kończę mówić, Jay bez zastanowienia przytula mnie do siebie i to jest zapalnikiem do bomby, która drzemie we mnie od momentu przyjazdu. Zaczynam płakać, wtulając się w jego ramię, ale on ku mojemu zaskoczeniu ociera palcem płynące łzy i ucisza mnie.
- Ufasz mi? - pyta niespodziewanie.
- Wiesz, że tak.
- Więc zrobisz to, co mówię, dobrze? - dodaje i odgarnia wpadające mi do oczu włosy. Przysuwam się do niego i przytakuję głową. W oczach Jared dostrzegam maleńkie iskierki. - Powiedziałaś mi wszystko, co ważne, okej. Teraz chcę, byś na te dwa dni, które spędzimy tu razem, zapomniała całkowicie o problemach. Potrzebujemy przerwy… Też o tym pomyślałem… Dlatego niech tych parę chwil będzie po prostu piękne. Co ty na to?
- Naprawdę zgadzasz się? - upewniam się.
- Powiedz, że mnie kochasz.
Jared niemalże szepcze, bo nasze twarze dzieli tylko niewielki odstęp między nosami. Odpowiadam bez zastanowienia.
- Kocham.
- Więc się zgadzam.  Kocham cię i nawet czas tego nie zmieni. Daj mi rękę. - Spełniam jego polecenia, a Jared momentalnie pociąga mnie za sobą do góry. - Chodź, chcę ci tyle pokazać.
Tylko przez ułamek sekundy widzę jego twarz, bo Jared szybko się odwraca. Ale to co zauważam napawa mnie zmartwieniem. Smutek, który Jay szczelnie wcisnął w siebie, każe mi go przytulić. Więc gdy zatrzaskuje  drzwi do pokoju i odwraca się, rzucam mu się w objęcia, a Jay zaczyna się śmiać.
- O co chodzi, przylepo?
- Kocham cię - odpowiadam, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.

***
Yello
Rozdział pojawia się z lekkim opóźnieniem, za które najmocniej Was przepraszam, ale wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, a mi zależy byście dostali poprawny tekst. Co do treści - nie będę za wiele zdradzać, bo wyjaśni się wkrótce. Pojawi się jeszcze krótki epilog, a potem część II. Chcę skończyć tę historię - prawda, czasem mniej mi się chcę i może mam mniej czasu, ale to nie zmienia mojego nastawienia.




 * Tomek Makowiecki, Zabierz Mnie.

16 komentarzy:

  1. w końcu nowy :D mam nadzieję że wszystko pójdzie na Florydzie dobrze i operacja się powiedzie a ona będzie żyć z Jaredem długo i szczęśliwie :) czekam na nowy i życzę dużo weny :D

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko akurat dziś dodałaś kolejny po moim okrutnym komentarzu, teraz mam wyrzuty sumienia. Może nie był to twój najlepszy rozdział ale zdecydowanie przesadziłam i dla uściślenia dodam, że miałam na myśli tylko poprzedni rozdział. Ten za to bardzo mnie wkręcił, z zawrotną prędkością go połknęłam i teraz mi smutno bo nie mam co czytać. Rozmowy między Nicky i Jay'em mnie wzruszają, mam nadzieje, że wszystko pójdzie gładko i szybko wszystko wróci do normy. Ciekawi mnie motyw z Oriane, co ty z tym poczniesz i jakie będzie miało to znaczenie odnośnie całego opowiadania. Tak samo choroba Nicky, jak to się wszystko potoczy? i kiedy powie o tym Jaredowi? Mam pewną obawę, albo raczej przeczucie, że twoja opowieść nie skończy się pięknym Happy Endem. Nie mówię, że obstawiam chorobę, ani nie typuje danego zakończenia raczej mówię tak ogólnie. Nie wiem czy to dobrze czy nie, wszystko zależy od Ciebie, ale na pewno dałoby to mocny charakter całości. Z drugiej strony, pewnie większość liczy na przyjemne i wesołe zakończenie. Bo takie zazwyczaj są FF, chociaż może tak powinno być. W końcu ten zespół też napawa nadzieją. Nie wiem jak na razie nie wnikam, bo chyba daleko do końca. Mam nadzieje, że nie znienawidziłaś mnie po poprzednim komentarzu, ani że jakoś bardzo się nim nie przejęłaś. Nie powiem, że to co napisałam to były same kłamstwa, bo chodź przesadziłam to jednak po części oddawało to moje odczucia. Wydaje mi się, że w komentarzach nie chodzi tylko i wyłącznie o słodzenie. Sama liczyłabym na jakąś krytykę i ocenę mojej pracy. W każdym razie już jest naprawdę fajnie, co prawda nie wiem po co ten zabieg. (1. tyle się dzieje że nie ogarniam, 2.spokój i melancholia, 3.powrót do problemów). Ale ten rozdział działa na emocje, fajny jest wątek z Shannon'em i Katią, ogólnie fajnie go poprowadziłaś, bardzo mnie wciągnął no i zupełnie inaczej (bardziej naturalnie i prawdziwie) przedstawione uczucia postaci i ich reakcje. Życzę weny i powodzenia w pisaniu :D Zośka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, odebrałam Twój poprzedni komentarz jak najbardziej właściwie i cieszę się, że wy jako czytelnicy piszecie, co czujecie, bo to mnie właśnie motywuje. To dziwne, ale mam tak, że krzyk mnie organizuje (dlatego praca pod presją idzie mi całkiem dobrze, bo stres mi nie przeszkadza). Przyjmuję zarzuty i cały czas pracuję nad sobą. Odnośnie opowiadania mam taką uwagę - historię mam ułożoną w głowie od jakiegoś czasu, wiem, co chcę przedstawić, ale spinanie tych ostatnich rozdziałów w fomie z której byłabym zadowolona było strasznie trudne, a gdy już pisałam wydawało mi się to "suche", jednak po raz kolejny przekonałam się, że tylko ja to tak odbieram. Czytając komentarze widzę, że czujecie te emocje i strasznie mnie to cieszy.
      Koniec - kiedyś wspominałam już ten temat i tyle, ile mogę zdradzić to to, że będzie na pewno zaskoczenie, bo nie będzie to typowy happy end, ale też nie będzie dramatu ze śmiercią. Ten pomysł zrodził się we wrzesniu 2012 roku i jak na razie cały zcas przy nim trwam.
      Super, że ktoś zwrócił uwagę na relację z Shannonem , bo to zdecydowanie jedna z moich ulubionych i chcę ją powolutku rozwijać :) Odnośnie choroby Oriane ma na celu uzupełnienie portretu psychologicznego Niko, zaś choroba Niko będzie ważnym elementem II cześci, co by nudą nie wiało ;)
      Dziękuję za każde szczere słowo, bo doceniam je niezmiernie mocno :)

      Usuń
  3. Kiedy następny ? ;3

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem jest im tam za różowo, rzuć im więcej kłód pod nogi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże Coachella ♥ Aż dziwne że wcześniej się nie zorientowałam, dopiero jak drugi raz przeczytałam ten rozdział. Śnie o tym, by kiedyś tam pojechać, jak mówią jest to najpiękniejszy Festiwal świata. Szkoda, że nie skupiasz się już na opisach miejsc i okoliczności bo miało to swój urok. Wręcz mnie urzekały, z mojej perspektywy to doświadczanie świata jest niezwykle ważne a ty zaskakująco ciekawie to robisz. Zresztą ciągle zaskakuje mnie twoje piękne odwzorowanie następujących po sobie faktów, wręcz jakbyś wiedziała wcześniej. No nieźle, zdradź jak ty to robisz, że wszystko tak ładnie wpisuje się w wydarzenia z rzeczywistości? Zaledwie parę dni po twoim poście Jared na tym festiwalu. Może ty należysz do mars crew, albo jesteś opętaną fanką od długiego czasu (w co mniej mi się chce wierzyć). Dobra Mary, posłuchaj koleżanki wyżej i podrzuć trochę kłód, byle nie za dużo bo sporo się już wydarzyło. I błagam pisz szybciej albo chociaż ustal jakieś konkretne terminy, że rozdział pojawia się raz na 2 tygodnie, czy miesiąc (oby nie tak długo). Bo ja tu wchodzę parę razy dziennie i sprawdzam czy coś się zmieniło, ba nawet drugi raz zaczęłam czytać początek i poszczególne urocze rozdziały ze środka bo mnie aż korci, od tego czekania :D Kiedy tak sobie zaczęłam po troszku wracać, to znów dochodzę do wniosku że jest to najlepsze FF jakie czytałam i śmiem twierdzić, że chyba najlepsze w Polsce. Zośka
    Ps. zrób coś z wyglądem bloga, bo jest kompletnie niepraktyczny i przy tym nie jest jakoś specjalnie zachwycający.

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Chciałabym dodać coś po majówce

      Usuń
  7. Super oczekuje. Zoska

    OdpowiedzUsuń
  8. No i? Dlaczego tak rzadko dodajesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale za cholerę nie chcę porzucić tego opowiadania, jednak mam też swoje życie, które mnie pochłania. Studiuję zaocznie, pracuję na dwie zmiany, próbuję mieć coś z życia i przy okazji pisać dalej to opowiadanie. Zaczęłam, gdy miałam masę wolnego czasu, teraz jest z nim gorzej, ostatnio nawet sypiam mniej niż powinnam, dlatego tez publikuję tak rzadko.

      Usuń
    2. Miałaś dodać już tydzień temu. :(
      Rozumiem, że masz dużo na głowie ale mam nadzieję, że nie zrezygnujesz . Spodziewasz się jakiegoś rozluźnienia? Kiedy chcesz coś dodać?

      Usuń
  9. Powiedz mi czym sobie zasłużyliśmy na takie traktowanie? Wierni fani, którzy szczerze doceniają twój talent! Nie chce Ci nic narzucać, ani cię krytykować. Ale nie marnuj tego co masz, jesteś w tym naprawdę dobra, a czytanie twoich opowiadań jest dla mnie niesamowita przyjemnością. I wcale nie chodzi mi o tematykę tego bloga, myślę że potrafisz dobrze opowiedzieć każdą historię. Nie poddawaj się! Mimo, że masz dużo pracy, wiem że dasz radę i jestem pewna ze główną przyczyną jest lenistwo i zniechęcenie. Bo nie uwierzę ze przez 2 miesiące nie znalazłaś odrobiny czasu by coś napisać. Nie wiem jak mogłabym Cię zmotywować, ani jaki argument mógłby coś w tobie ruszyć. Ale chcę byś wiedziała że naprawdę cię doceniam, zazdroszczę talentu i uważam że przeżywanie z twoimi postaciami jest magiczne. Lubię twój luźny styl, przyjemne ale jednocześnie daje do myślenia, spowoduje moje przemyślenia. Już setny raz powiem, że zakochałam się w twoich opisach. Miejsc, chwil, ludzi, marzeń. Mam nadzieję, że nie zmarnujesz twojego potencjału. Gdyby tak nie było już dawno odpuściłabym ciągle sprawdzanie czy jest coś nowego. Nie poddawaj się, proszę!! Zoska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęłam pisać i postaram się wyrobić się w ciągu kilku dni. Trochę jeszcze cierpliwości.

      Usuń
    2. O jak miło :) Czekam! :D Zośka

      Usuń

Followers

Sztuczna inteligencja:













Treść: Mary. Nagłówek: Alibi, 30 STM. Belka: Wait, 30STM. Adres: parafraza tekstu The Pixies. Obsługiwane przez usługę Blogger.